sobota, 25 stycznia 2014

101.

Kiedy ktoś Ci mówi, że coś będzie już jasne i proste, śmiejesz się w głos i doskonale wiem dlaczego. Wciąż wracam do prawdopodobnie, które nieustannie nadal bardziej prawdopodobne od na pewno, oplata mój język i nie daje się uśmiechnąć. Znów, zdziwienie, uśmiechasz się przecież dość często i ja lubię patrzeć na te wznoszące się kąciki ust i na wargi, które przygryzasz, niby od niechcenia. Czy aby na pewno nic Ci nie dolega?

Później już nigdy nie przychodziłeś, więc musiałam czekać aż do następnej nocy, żeby Cię znów zobaczyć. Śniłam o innych rzeczach. Bawiłam się z przyjaciółmi, odkrywałam na nowo miasto, bywałam w miejscach, które zawsze pojawiały się na jawie i czekały na mnie z otwartymi ramionami, by mnie do siebie przyjąć i udawać, że wszystko jest dobrze, tak jak kiedyś. Lubiłam za to noce, że przez kilka godzin, które w mojej podświadomości przeciągały się w dni, a nawet miesiące, mogłam przestać zastanawiać się nad tym co się właściwie stało. 

Dni nadal są krótkie, a biały puch zalegający na gałęziach drzew pozwala bez wyrzutów sumienia zapomnieć, że całkiem niedawno wyrastały z nich zieleńsze niż oczy sąsiadki z drugiego piętra liście, po których spływały leniwie promienie słońca prosto na moje włosy, by nadać im blask letniego poranka. Wciąż nie mamy odwagi przypomnieć sobie, jak to jest myśleć o rzeczach, które nie zostały powiedziane. Drżącą ręką podnoszę kartkę, biorę głęboki oddech i kiedy już myślę, że mi się uda, zamykam oczy. Czas zapaść w sen zimowy.

Lubiłam mówić do siebie. Lubiłam to robić nawet przedtem, ale teraz było to konieczne, w przeciwnym razie mogłabym zapomnieć brzemienia swojego głosu, jednej z tych rzeczy, po których można człowieka rozpoznać, kiedy zamyka się oczy i cały świat staje się ciemnością. Nie wiedziałam co będzie jutro, ani co się wydarzy za chwilę. Trwałam w jakiejś nieokreślonej ściśle czasoprzestrzeni, a moją głowę opływały niezmaterializowane jeszcze plany na przyszłość i jedyna rzecz, której nie można było zaprzeczyć to fakt, że nawet z pomocą najbardziej skomplikowanego rachunku prawdopodobieństwa nie można było przewidzieć nadchodzącego przebiegu zdarzeń.

wiesz, że tu jestem
negacja mojego istnienia Ci nie pomoże
ilekroć Twoje oczy w kolorze
letniego nieba
spłyną po moim policzku

dlaczego nie dałeś mi odpocząć?