dźwięk
(...)Znów przyszedłeś? cóż, mogłabym ci to jakoś wreszcie wyperswadować. znam przecież słowa, naprawdę dużo słów. wypowiem je, a ty stąd wyjdziesz. czy wystarczy jednak znać kilka słów zapisanych w słowniku, abyś odszedł już na zawsze? jaką mam pewność, że gdy otworzę usta i poproszę odejdziesz? czy nie potrzeba czegoś więcej? czy nie powinieneś zobaczyć w moich oczach prawdy, która ci rozkaże, abyś odszedł? czasami myślę, że jestem dość silna. to chyba pomaga, bo wtedy nie ma cię przez jakiś czas. wtedy mogę przestać. dlaczego? och mój drogi, na to najprostsze w tym wypadku i zarazem najtrudniejsze pytanie chciałabym znać odpowiedź choćby i zaraz. ale czy ty sam nie powinieneś wiedzieć, skoro działasz tak na mnie? zdecydowanie powinieneś. przecież również bierzesz w tym udział, więc sam sobie odpowiedz. to egoizm, nie sądzisz? znać odpowiedź na pytanie i z czystego lenistwa zadawać je wciąż osobie, która nie ma pojęcia. tak, to ja jestem tą osobą. wciąż zbyt wielu rzeczy nie wiem, aby odpowiedzieć. nie, nie. nie tobie, samej sobie. muszę samej sobie odpowiedzieć, żeby być pewną. a wtedy wyjdziesz i nie wrócisz już. chciałabym, naprawdę mój drogi, chciałabym wiedzieć kiedy to będzie.
czasem mi sie śnisz, wiesz? no tak, skąd mógłbyś wiedzieć. lubię widzieć cię w snach, bo w nich tylko mówię do ciebie, a ty mnie słuchasz i rzeczywiście tam jesteś. bo tutaj cię nie ma. już ci tłumaczyłam. mówię do ciebie, wciąż do ciebie mówię, tak długo, aż się zmęczę tym mówieniem, a ty bezustannie słuchasz mnie, ale tobie jest prościej, bo ciebie tu nie ma. teraz mógłbyś się roześmiać, bo to przecież takie głupie. jak możesz być gdzieś, gdzie cię nie ma. przecież cię widzę. jeżeli się postaram mogę cię nawet dotknąć, poczuć twój zapach. a jednak nie ma cię tutaj. nie, nie będziesz się śmiał. nigdy nie widziałam jak się śmiejesz. tak prawdziwie. nigdy nie słyszałam śmiechu tak prawdziwego, który przeszywa cię na wskroś, a potem mnie, aż tak, że sama zaczynam się śmiać. a wtedy śmiejemy się razem i jesteśmy naprawdę szczęśliwi. czy kiedykolwiek byliśmy?
Pamiętasz ten dzień, kiedy utonąłeś? byłam przystanią, czułam się jak przystań. byłam latarnią, moje oczy były ogniem, który wskazywał ci drogę do przystani. a w przystani było dużo miejsca. i wielu robotników, którzy chceli zrobić dla ciebie wszystko. a może było odwrotnie? może to ja tonęłam? ale ty nie byłeś przystanią. byłeś wodą. byłeś neptunem, który nakazywał falom rosnąć, a potem zmniejszać się i znów rosnąć, aż do utraty wszystkich sił. aż do utraty samodzielności. aż do mojego końca na dnie morza. a może tonęliśmy oboje? może żadne z nas nie potrafiło ze swoich oczu zrobić latarni? może serca zbyt słabe były, by zastąpić przystań? nie patrz tak, mój drogi, bo ja naprawdę sama nie wiem. a chciałabym się dowiedzieć, żeby być pewną. a wtedy wyjdziesz i nie wrócisz już. chciałabym, naprawdę, mój drogi, chciałabym wiedzieć kiedy to będzie.
Pamiętasz jak to było, kiedy po raz pierwszy podałeś mi rękę? czy chciałeś mi wtedy pomóc, czy może sam się ratować? a może tak naprawdę ja ci ją podałam, żeby pomóc tobie, a może i samej sobie? pamiętasz to ciepło? przechodziło mnie na wskroś i wypełniało wszystkie narządy i myślałam, że jestem szczęśliwa. ale czy na szczęście nie składa się coś więcej niż ciepło, które czuję, gdy podajesz mi rękę? nie wiem, pewnie nigdy się już nie dowiem, bo nigdy nie podasz mi ręki, nawet gdybys chciał. nie mogę do tego dopuścić. właśnie teraz nie możesz tego zrobić, choć mogę sprawić, że będziesz chciał, bo robiłeś to niejednokrotnie. tutaj, mogę żądać od ciebie wystkiego, ale po co, skoro tak naprawdę cię tu nie ma, chociaż wciąż słuchasz? znów chcesz zapytać dlaczego? sama, mój dorgi, chciałabym wiedzieć. wtedy byłabym pewna i wyszedłbyś i nigdy już nie wrócił. chciałabym, naprawdę mój drogi, chciałabym wiedzieć kiedy to będzie.
Teraz tylko cię poproszę, żebyś zamknął drzwi, gdy będziesz wychodził,bo nie chce patrzeć jak znikasz w korytarzu. w korytarzu zniknąłby każdy, a ja chcę, żebyś stojąc tu i teraz znikał powoli w moich oczach. żebys się skurczył tak bardzo, że nie będę mogła cię dostrzec. tylko to jeszcze nie pora, nie czas na to, mój drogi. teraz po prostu zamknij drzwi, gdy będziesz wychodził, bo nie lubię patrzeć jak znikasz, a tak naprawdę wciąż jesteś, chociaż cię nie ma.
i wyszedł. zamknął drzwi, ale wiedziałam, że jeszcze wróci. musieliśmy sobie wiele rzeczy wyjaśnić, a tamtego dnia nie byłam jeszcze zby silna. (...)
wtorek, 31 maja 2011
niedziela, 29 maja 2011
19.
(...)Trudno jest się pożegnać, prawda? Ogólnie, mój drogi, z pożegnaniami sprawy niekoniecznie dobrze się mają. To zależy od osoby. Niektórzy żegnają się długo i siarczyście, inni krótko i ozięble, jeszcze inni wcale tego nie robią... Dlaczego tak patrzysz? Skądś to znasz? Ach tak, zapomniałam, że nie masz w zwyczaju rozmawiać o tego rodzaju głupotach.
Muzyka. Pamiętasz? Jak możesz pamiętać, mój drogi. To moje własne wspomnienie. Są dźwięki, które do końca życia będą brzmieć we mnie i w tobie oczywiście również, tylko, że nigdy się o tym nie dowiesz, ponieważ nie potrafisz mnie słuchać. Nie tutaj. Czasem przychodzisz razem z nimi i wtedy to wszystko co widzę staje się jeszcze bardziej realne. Czuję twój zapach, twój dotyk, twoje cierpienie i twoją radość, twój oddech tuż za moimi plecami, całą esencję moich uczuć, które żywiłam do ciebie jeszcze kiedy zwykłeś szeptać mi do ucha i całować moje mokre, zimne od śniegu powieki. Pamiętasz? No tak, jak mógłbyś pamiętać! Przecież to teraz zupełnie bez znaczenia. Bez znaczenia, jestem pewna, mój drogi, bo nawet tutaj widzę w twoich oczach wszystko to, czego nigdy nie chciałam zobaczyć. Więc zamknij je i zostań jeszcze na chwilę. Razem się pooszukujmy, a potem odejdziesz bez słowa i naturalnie wrócisz jeszcze, bo dopiero teraz widzę jak długa droga przed nami jeszcze, mój kochany.(...)środa, 25 maja 2011
18.
czasem chciałabym, żeby mi było wszystko jedno. z teoretycznego punktu widzenia wystarczyłoby od czasu do czasu zmienić miejsce, co by się za bardzo nie przywiązywać do ludzi i rzeczy, jednak praktycznie jawi mi się to jako proces z grubsza niewykonalny. sprzeczności. a może raczej zaszłości. zawsze wydawało mi się, że ciągłe powtarzanie tych samych błędów, jak mawiał jonatan chwyt z mojego ukochanego jubla stało się już niejako sposobem na życie, który opanowałam do perfekcji. tymczasem wygląda na to, że nie dostrzegłam jak w czasie rozciągniętym szeroko w latach, lęk przed nimi rozwijał się w każdej komórce mojego ciała i powoli wyniszczał we mnie wszystko to, w co zwykłam wierzyć.
(nie)problem. można przywyknąć. (nie)prawda. spróbuj od nowa nauczyć się czytać. od nowa spróbuj nauczyć się chodzić, mówić, na nowo oddychać. oddychać. wraca. powtarza się. koszmar. przypominam sobie. czuję pod opuszkami palców tę samą lepką, chropowatą powierzchnię. powierzchnię sprzed lat.
lęk lubi udawać, że jest pozorny. wmawiasz sobie. nic takiego, chcę grać w przedstawieniu i udaję, żeby zrobić lepsze wrażenie. aż nagle detal uświadamia ci jak bardzo się okłamujesz. nie grasz i zastanawiasz się czy z paranormalnymi objawami wynikającymi z prostej potrzeby poczucia świadomości pewnej wyjątkowości oraz bezpieczeństwa jesteś w stanie żyć i przede wszystkim dać żyć innym.
bum-bum-bum-bume-bume-bume-rang
słone usta słone powieki słone policzki
(nie)problem. można przywyknąć. (nie)prawda. spróbuj od nowa nauczyć się czytać. od nowa spróbuj nauczyć się chodzić, mówić, na nowo oddychać. oddychać. wraca. powtarza się. koszmar. przypominam sobie. czuję pod opuszkami palców tę samą lepką, chropowatą powierzchnię. powierzchnię sprzed lat.
lęk lubi udawać, że jest pozorny. wmawiasz sobie. nic takiego, chcę grać w przedstawieniu i udaję, żeby zrobić lepsze wrażenie. aż nagle detal uświadamia ci jak bardzo się okłamujesz. nie grasz i zastanawiasz się czy z paranormalnymi objawami wynikającymi z prostej potrzeby poczucia świadomości pewnej wyjątkowości oraz bezpieczeństwa jesteś w stanie żyć i przede wszystkim dać żyć innym.
bum-bum-bum-bume-bume-bume-rang
słone usta słone powieki słone policzki
now your conscience is clear
i hear you talk girl
now your conscience is clear
look my eyes are just holograms
look your love has drawn red from my hands
sobota, 21 maja 2011
17.
z okazji moich jutrzejszych urodzin życzę sobie niczego, bo nic więcej nie mogę już dostać. pora na prezenty przyszła w tym roku dużo wcześniej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.
uwielbiam ciasto w mojej lodówce; chwilowo zakochana w szyi i nadgarstku, siedzę trochę otępiała i uśmiecham się do cudów techniki. prawdopodobnie moja dusza przechodzi niewiarygodną transformację. jest c i e p l u t k o. przyjemny spokój.
swoją drogą biorąc pod uwagę rozważania podstarzałej młodej kobiety w wigilię jej urodzin warto wspomnieć o tym, że na wszystko to, co jest najpiękniejsze zawsze trzeba czekać. rozplątać węzły czasu powoli, niczego nie przyspieszać. wszystko co dobre przychodzi, potem
uwielbiam ciasto w mojej lodówce; chwilowo zakochana w szyi i nadgarstku, siedzę trochę otępiała i uśmiecham się do cudów techniki. prawdopodobnie moja dusza przechodzi niewiarygodną transformację. jest c i e p l u t k o. przyjemny spokój.
swoją drogą biorąc pod uwagę rozważania podstarzałej młodej kobiety w wigilię jej urodzin warto wspomnieć o tym, że na wszystko to, co jest najpiękniejsze zawsze trzeba czekać. rozplątać węzły czasu powoli, niczego nie przyspieszać. wszystko co dobre przychodzi, potem
niedziela, 15 maja 2011
16.
"(...)konstancja, zdaje się, robiła to wszystko specjalnie. najbardziej się jednak zdziwiłem, kiedy zobaczyłem na stole kartkę z napisem "a ten kto znajdzie mnie w sobie, odkryje największą tajemnicę swojego serca". niezwykła była kobieta, z tej konstancji. i powiem szczerze, że nie zastanawiałem się dokładnie nad tym, co było tam napisane. zostawiłem gdzie leżało, bo w gruncie rzeczy mieszkanie należało do niej i mogła mnie w każdej chwili stamtąd wyrzucić - chociażby właśnie za dotykanie się do nieswoich rzeczy bez wyraźnej potrzeby. dopiero teraz, z perspektywy czasu zastanawiam się, jak mogłem nie rozumieć sensu tych słów. jak mogłem nie dostrzec, że to właśnie do mnie są kierowane. doprawdy, czy ta dziewczyna chciała mnie zmienić? chciała mi udowodnić, że potrafię ją kochać, tak jak chłopak kocha dziewczynę i jak narzeczona narzeczonego, aż w końcu tak jak żona kocha męża? nie, zdecydowanie nie. jedynyna rzecz, jakiej mogłem być wtedy pewien to to, że ona wiedziała dobrze, że jej nie kocham. wiedziała, bardzo dobrze wiedziała, że interesuje mnie bardziej niż inne kobiety, ale jej nie kocham. tak samo jak i ja wiedziałem, że ona nie żywi do mnie głębszych uczuć. podobnie jak konstancja we mnie, tak i ja w niej wzbudzałem zainteresowanie większe niż w innych przypadkach kontaktów damsko-męskich, czy dla facetów mających zbyt wysokie mniemanie o sobie męsko-damskich.(...)
(...)pewnego dnia, pchnięty jakimś dziwnym impulsem wylazłem zupełnie bez żadnej potrzeby na dach różowej kamienicy konstancji. to była zima. ubrany w sam podkoszulek i dresowe spodnie czułem się jak psychopata obserwując panoramę miasta, podczas kiedy inni ludzie znajdujący się na dole trzęśli się z zimna owinięci we wszelkiego rodzaju szaliki i inne przybory mające na celu utrzymanie odpowiedniej temperatury ciała. i wtedy właśnie przypomniałem sobie kartkę leżącą na jej drewnianej komodzie. "a ten kto znajdzie mnie w sobie, odkryje największą tajemnicę swojego serca". i wtedy ją właśnie znalazłem. tak się właśnie zaczął, moi drodzy mój koniec. kochałem kobietę, która nie kochała mnie. kochałem kobietę, w której całkiem po prostu i zwyczajnie wzbudzałem większe zainteresowanie niż inni mężczyźni.(...) "
(...)pewnego dnia, pchnięty jakimś dziwnym impulsem wylazłem zupełnie bez żadnej potrzeby na dach różowej kamienicy konstancji. to była zima. ubrany w sam podkoszulek i dresowe spodnie czułem się jak psychopata obserwując panoramę miasta, podczas kiedy inni ludzie znajdujący się na dole trzęśli się z zimna owinięci we wszelkiego rodzaju szaliki i inne przybory mające na celu utrzymanie odpowiedniej temperatury ciała. i wtedy właśnie przypomniałem sobie kartkę leżącą na jej drewnianej komodzie. "a ten kto znajdzie mnie w sobie, odkryje największą tajemnicę swojego serca". i wtedy ją właśnie znalazłem. tak się właśnie zaczął, moi drodzy mój koniec. kochałem kobietę, która nie kochała mnie. kochałem kobietę, w której całkiem po prostu i zwyczajnie wzbudzałem większe zainteresowanie niż inni mężczyźni.(...) "
niedziela, 8 maja 2011
15.
chcę być bardziej. kiedyś to było proste. patrzyliśmy na dorosłych i naśladowaliśmy ich, udając, że rozumiemy. nie rozumieliśmy.
chciałabym zatrzymywać sekundy, żeby do każdej zapakować trochę więcej siebie i powiedzieć, możesz wziąć, weź mnie trochę, włóż do kieszeni, zabierz ze sobą. i jeszcze chciałabym zostać na swoim miejscu. jednocześnie. rozumiesz czasami masz jedno miejsce, swoje miejsce. niezwykłe, że jedno twoje miejsce nie musi być w jednym miejscu. przynajmniej moje miejsce nie jest tylko w jednym miejscu, chociaż jest jednym miejscem. po nitce do kłębka, pobaw się ze mną
chciałabym zatrzymywać sekundy, żeby do każdej zapakować trochę więcej siebie i powiedzieć, możesz wziąć, weź mnie trochę, włóż do kieszeni, zabierz ze sobą. i jeszcze chciałabym zostać na swoim miejscu. jednocześnie. rozumiesz czasami masz jedno miejsce, swoje miejsce. niezwykłe, że jedno twoje miejsce nie musi być w jednym miejscu. przynajmniej moje miejsce nie jest tylko w jednym miejscu, chociaż jest jednym miejscem. po nitce do kłębka, pobaw się ze mną
środa, 4 maja 2011
14.
czas. niewątpliwie okrutny. kłębi się gdzieś w środku zaplątana plątanina zaplątań, które wiążą się bezpośrednio z metafizycznymi zaplątaniami zaplątanych plątań. nie widać początku i nie widać końca. trafiło się ślepej kurze ziarno. mogłabym być ślepa. martwi mnie, że powoli zaczynam dostrzegać sens (nie)dostrzegania. pewnego dnia obudzę się zlana potem i zadam sobie milion pytań po czym przystąpię do rytuału porannej drzemki lub zjem śniadanie zostawiając je daleko, oczywiście bez odpowiedzi, które tym razem są dobrze znane i przemykają pomiędzy neuronami by od czasu do czasu dać impuls nerwowy skłaniający do myślenia o rzeczach, o których nikt myśleć nie chce gdy nie musi. nie wiem czy muszę. nie myślę. wystarczy trzy razy pociągnąć swoje uszy, by wyłączyć mózg i chwilowo poddać się przyjemnemu nurtowi egzystencji protista
psychoranek
ektoplazma na skarpetkach
psychoranek
ektoplazma na skarpetkach
wtorek, 3 maja 2011
13.
w zasadzie nie wiem jak to się stało, że już po jakimś czasie w jej ociekającym wanilią domu czułem się jak u siebie. moze to dlatego, że nie mówiliśmy do siebie zbyt wiele, dokładnie tak jak chciałem? wolałem patrzeć na nią niż słuchać jej głosu. zresztą nie musiała nic mówić, wszystko potrafiłem wyczytać z jej oczu. mówiła do mnie nie otwierając ust. nie wiedziałem wcześniej, że tak można, a może wręcz przeciwnie, wiedziałem od dawna, tylko nijak nie potrafiłem tej wiedzy wykorzystać. dopiero przy niej uczyłem się języka ludzkiego ciała. to było coś więcej niż słowa. z jej włosów, oczu i bladych policzków płynęły całe strofy najwybitniejszej poezji. fascynowała mnie ta kobieta, jednak nie kochałem jej, przykuwała moją uwagę bardziej niż inne i tyle.
poniedziałek, 2 maja 2011
12.
nie pasuje. to ciągle brzmi w moich uszach, a wcale nie chciałam o tym pamiętać. struny głosowe musiały wtedy drżeć z większą częstotliwością niż zazwyczaj. nie chcę nie wierzyć, że był to zbieg okoliczności. przez ciszę przebija się znów słyszę.
uwielbiam szelest kartek, niezwykły zapach papieru wirujący w nozdrzach i fakt, że jestem gdzieś w innym wymiarze, o którym nikt chwilowo nie ma pojęcia oprócz mnie samej i kilku towarzyszy podróży. między wersy wpisuję swoją własną historię. historię, której nikt nigdy nie dotknie, nie będzie w stanie jej smakować. jej zapach nigdy nie wypełni niczyjej duszy. nikt nigdzie o niej nie przeczyta i nie powie, że lubi mnie czytać... nikt nigdy nie powie, że
czasami, kiedy chcę coś naprawić młotek i śrubokręt ubieram... w słowa. bywa, że jest im naprawdę do twarzy.
uwielbiam szelest kartek, niezwykły zapach papieru wirujący w nozdrzach i fakt, że jestem gdzieś w innym wymiarze, o którym nikt chwilowo nie ma pojęcia oprócz mnie samej i kilku towarzyszy podróży. między wersy wpisuję swoją własną historię. historię, której nikt nigdy nie dotknie, nie będzie w stanie jej smakować. jej zapach nigdy nie wypełni niczyjej duszy. nikt nigdzie o niej nie przeczyta i nie powie, że lubi mnie czytać... nikt nigdy nie powie, że
czasami, kiedy chcę coś naprawić młotek i śrubokręt ubieram... w słowa. bywa, że jest im naprawdę do twarzy.
11.
nie byłam pewna czy wchodzić w ten układ. wszystko jednak mnie popychało do przodu i już nie panowałam nad swoimi słowami i czynami. nie myślałam wtedy co robię, cel uświęcał środki, a ja byłam pewna, że wszystko jest w porządku. poprawka - wmawiałam sobie, że jest w porządku. nie było. nie dość, że nie było w porządku, to nie było już odwrotu. nie było w tym również uczuć. nie było w tym nieśmiałości. nie było w tym mnie, ani jego też w tym nie było. w ogóle nie było wielu rzeczy, które powinny być. co najgorsze nie było też czasu, żeby o tym myśleć, więc nie myślałam. ani ja ani on. po prostu babraliśmy się oboje w tym błocie, bo tak było wygodniej i nie trzeba się było uciekać się do wyższych wartości. nie myślałam, że kocha mnie. po prostu bardziej niż inne kobiety przykuwałam jego uwagę.
prowadziliśmy długie słodko-kwaśnie rozmowy całkiem bez sensu i właściwie to o niczym ciekawym. najlepiej byłoby gdybym się w ogóle mogła nie odzywać do niego, ale w końcu mieszkaliśmy razem, więc z pewnego punktu widzenia było to konieczne. konieczne, niestey, nie znaczy łatwe. odkąd pamiętam lubiłam ciszę. bo kiedy się człowiek lepiej wsłucha w ciszę, odkryje, że ta cisza, całkiem niepozorna również ma wiele do powiedzenia, wystarczy tylko dobrze jej słuchać, ale taką umiejętność ktoś posiada, albo i nie. on chyba też ją posiadał, bo czasami, kiedy siedzieliśmy razem milcząc wyglądał tak, jakby też słyszał to wszystko co słyszę od dawna ja, a na co większość ludzi nie zwraca uwagi. doszłam więc do wniosku, że najwyraźniej oboje mamy ten sam problem - odzywamy się do siebie, bo wydaje się nam, że to jest konieczne. i chyba jest, skoro mieszkamy ze sobą, ale wolałabym, żeby nie było.
najgorzej zawsze czułam się, kiedy mężczyźni próbowali w jakiś żałosny sposób zwrócić moją uwagę, a ja nie potrafiłam, powiedzieć im najzwyczajniej w świecie, że wszystko co robią i mówią doprowadza mnie do skrajnego obrzydzenia. wszystkie zaczepki w stylu 'aniele, który wodzisz na pokuszenie zjedz ze mną dzisiaj romantyczną kolację w blasku księżyca' nudziły mnie niezmiernie, więc po kilku tygodniach znajomości rozpływałam się w powietrzu i zacierałam ślady. na póżno szukali mnie, a wiem, że robili to ze swoich żródeł, które wychodzą z podziemi w różnych częściach miasta. wszyscy myśleli, że zmieniam hotele, siedzę za granicą i po prostu, by podsycić ich apetyt bawię sie w tak zwanego kotka i myszkę. nic bardziej mylnego. po prostu zamykałam się w swoim mieszkaniu - jakoś żaden z nich nie wpadł na to, żeby tam zajrzeć. ale on był inny. razem ze mną słuchał ciszy. nie myślcie, że go kochałam - po prostu bardziej niż inni mężczyźni przykuwał moją uwagę.
muszę sobie udowodnić sens bezsensu.
prowadziliśmy długie słodko-kwaśnie rozmowy całkiem bez sensu i właściwie to o niczym ciekawym. najlepiej byłoby gdybym się w ogóle mogła nie odzywać do niego, ale w końcu mieszkaliśmy razem, więc z pewnego punktu widzenia było to konieczne. konieczne, niestey, nie znaczy łatwe. odkąd pamiętam lubiłam ciszę. bo kiedy się człowiek lepiej wsłucha w ciszę, odkryje, że ta cisza, całkiem niepozorna również ma wiele do powiedzenia, wystarczy tylko dobrze jej słuchać, ale taką umiejętność ktoś posiada, albo i nie. on chyba też ją posiadał, bo czasami, kiedy siedzieliśmy razem milcząc wyglądał tak, jakby też słyszał to wszystko co słyszę od dawna ja, a na co większość ludzi nie zwraca uwagi. doszłam więc do wniosku, że najwyraźniej oboje mamy ten sam problem - odzywamy się do siebie, bo wydaje się nam, że to jest konieczne. i chyba jest, skoro mieszkamy ze sobą, ale wolałabym, żeby nie było.
najgorzej zawsze czułam się, kiedy mężczyźni próbowali w jakiś żałosny sposób zwrócić moją uwagę, a ja nie potrafiłam, powiedzieć im najzwyczajniej w świecie, że wszystko co robią i mówią doprowadza mnie do skrajnego obrzydzenia. wszystkie zaczepki w stylu 'aniele, który wodzisz na pokuszenie zjedz ze mną dzisiaj romantyczną kolację w blasku księżyca' nudziły mnie niezmiernie, więc po kilku tygodniach znajomości rozpływałam się w powietrzu i zacierałam ślady. na póżno szukali mnie, a wiem, że robili to ze swoich żródeł, które wychodzą z podziemi w różnych częściach miasta. wszyscy myśleli, że zmieniam hotele, siedzę za granicą i po prostu, by podsycić ich apetyt bawię sie w tak zwanego kotka i myszkę. nic bardziej mylnego. po prostu zamykałam się w swoim mieszkaniu - jakoś żaden z nich nie wpadł na to, żeby tam zajrzeć. ale on był inny. razem ze mną słuchał ciszy. nie myślcie, że go kochałam - po prostu bardziej niż inni mężczyźni przykuwał moją uwagę.
muszę sobie udowodnić sens bezsensu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)