sobota, 31 grudnia 2011

48.

zanurzam się trochę w bólu głowy
mimo wszystko nadal ciepło

miło jest rozpoczynać dzień z pokrzepiającą świadomością nadchodzącego wieczoru życzeń dobrej nocy wyszeptanych tuż przy uchu i leniwego dzień dobry staczającego się po szyi
przecinki lubię
gubić
możeby tak zostać jeszcze tanem pękniny zanim  zacznie się?




goodbye, i`m not gonna cry

poniedziałek, 26 grudnia 2011

46.

jestem

wciąż czekam na kilka ciepłych chwil i kropelkę miodu, ale jak na razie przestałam tylko lnieć i co by nie narzekać za bardzo podczas dni świątecznych dodam, że to i tak całkiem nieźle
(choć naprawdę moją szyję oplata nić niepokoju a w głowie kłębią się nieuporządkowane myśli których chyba nie chciałabym poznać mimo wszystko w związku z czym nie próbuję ich nawet układać w nadziei że znikną tak szybko jak się pojawiły)

hm hm hm niemiło by było psuć coś
co lubi częściej niż często przynieść ci do łóżka
słońce

niedziela, 25 grudnia 2011

45.

myśli zazwyczaj wchodzą do wanny a potem niepostrzeżenie znikają tak samo jak krople wody spływające po nagim przesuszonym karku
cisza

lnieję

piątek, 23 grudnia 2011

44.

szczerze śmieszą mnie trochę te wasze ą ę choć z założenia prawdopodobnie mają wprawiać w zachwyt  owijając się wokół nóg czytelników wymyślnymi o i u z serii tych wysublimowanych

czego innego mogłabym się spodziewać dzień przed wigilią. gdybym mogła powiedzieć jak bardzo nie lubię - ale nie mogę, w końcu to w jakimś wymiarze łamanie norm społecznych. z drugiej strony kogo to obchodzi nie można przecież burzyć ładu, którego nie ma, bo jeśli czegoś nie ma w większości przypadków nie zachodzi z tworem (nie)istniejącym interakcja. oczywista sprawa w przypadków większości i przecieranie oczu ze zdziwienia nic nie da, być może to właśnie podłoże rozległej choroby psychicznej lub przejawy zupełnego braku szacunku dla norm społecznych prawdopodobnie jedno i drugie z naciskiem na choroby psychiczne dodam, żeby jakoś sytuację rozjaśnić, zabawne, przecież rzadko kiedy cokolwiek jest jasne. z tej okazji was oświecam, co z tego skoro nie macie zielonego pojęcia o świetle - chyba lepiej dla mnie



wtorek, 22 listopada 2011

43.

dziewięćdziesiąt schodków do nieba
lubię ciepłozimne zimowojesienne poranki z kubkiem herbaty i tik tak tik tak coraz mniej czasu więc trochę niszczy mnie od środka świadomość(chociaż jeszcze jest miło). czy to ważne? z reguły jestem odnawialna tak przynajmniej było do tej pory jeśli nie cóż najwyżej pewnego całkiem już zimowego wieczoru pozbawionego zupełnie pierwiastków jesieni położę obok ciebie swoje skostniałe popękane ciało i powiem ogrzej mnie weź klej i sklej co się rozbiło weź nożyczki i odetnij co niepotrzebne tak niewiele trzeba by uczynić mnie szczęśliwą owiń moją zmęczoną duszę na palec i grzej pod ciepłą kołderką a potem najlepiej weź ją sobie wiesz przecież dobrze, że jest twoja

jestem ciałem niebieskim wodną parą
jabłko cytryna
o wpół do komina
wybiła

siemdziesiąt pięć schodków do nieba
herbata się skończyła pora zanurzyć głowę pod taflą spienionej wody przez chwilę pomyśleć i
do nieba już tylko siedemdziesiąt schodków
to nie moja wina
że

czwartek, 10 listopada 2011

42.

wątpię w dzisiaj i w ten świat bo znów pstryk i pewność zamienia się w niepokój. warto chyba powrócić do prawdopodobnie jest o wiele bardziej prawdopodobne niż na pewno. lubimy się przywiązać do na pewno i wydaje się że trzymamy na pewno na smyczy podczas gdy to na pewno trzyma na smyczy nas. mnie ciebie i kilka innych wesołych osób - wesołych, dopóki się nie zorientują; potem wrócą do prawdopodobnie i zrobi się trochę lżej bo prawdopodobnie lubi wolne związki, nie pozwala się przywiązać, nie pozwala myśleć w kategoriach na pewno
prawdopodobnie bezpieczniej

pewnego dnia ktoś mógłby mnie pozbawić ciała może nawet ja sama jestem w stanie to zrobić bez tego ciężaru prawdopodobniej wyraźniej widziałabym
pięć filigranowych filiżanek
herbaty

niedziela, 6 listopada 2011

41.



interesujące spotkanie z kotem, który czuje i jestem przekonana doskonale wiedział, że ja...
żyję
zdecydowanie znajduję się obecnie gdzieś pomiędzy krzesłem a podłogą a może raczej między stroną a stroną książką a książką. ciekawe czy warto się starać, rozumiesz, chyba zapomniałam jak to jest, kiedy naprawdę ci na czymś zależy. zazwyczaj człowiek się uzewnętrznia, oddaje wszystkie swoje narządy żyłki tętnice naczynia włosowate i zwoje nerwowe i pracuje zapisuje głowi się analizuje roztrząsa rozważa a potem ktoś wręcza mu kartkę z której się nic nie rozumie; co można zrozumieć z pustej kartki? może przede wszystkim to, że jest pusta i jeśli ktoś nie dowierza zatrudnię stu ekspertów i każdy potwierdzi, istotnie pusta kartka ma pani rację, i musisz się pogodzić, że leży przed tobą czysta kartka bez wyrazu. a potem rodzi się pytanie czy naprawdę warto coś na niej napisać, czy lepiej od razu się poddać, skazać na porażkę? to tylko czy aż kartka? czy kartka w ogóle, może mieć jakieś znaczenie, dla mnie, dla ciebie, dla was, dla niego, dla niej? czy puste kartki się wyrzuca, a może przechowuje do czasu, kiedy ktoś będzie miał ochotę coś na niej nadrukować napisać nabazgrolić na...

dzisiaj ludziom szkoda czasu na myślenie o kartkach
a czyste białe kartki naprawdę mogą wnieść dużo do życia jeśli
może kiedyś będziesz chciał coś napisać?

40.

znów lnieję
zrzucam skórę, szkoda, że przy okazji nie pozbywam się ciała. światłość myśli przebija się niezręcznie przez grubą powłokę blichtru mojej niedomagającej rzeczywistości.
trochę boję się
jutra lustra
książki długopisu

tak zostałam skonsturowana, że pewne życiowe płaszczyzny nie mają miejsca bytu, jeśli nie poruszam się po nich samodzielnie. istnieją oczywiście ludzie, którzy świadomie przekraczają granice po to, by w razie czego móc się usprawiedliwić. przestałam już prosić. spokój to pojęcie względne. zwłaszcza wtedy, kiedy święty.

elukubracyjne literackie obrazy przyprawiają mnie o dreszcze; filigranowy aż zanadto skomplikowany szminka papieros łóżko
depresja
wszyscy tacy sami tacy oryginalni
teatralni

niedziela, 23 października 2011

39.

porzucenie planów o zostaniu wesołą skandynawską dzieweczką może się od czasu do czasu wiązać bezpośrednio z konsekwencjami, które niewątpliwie nie należą do sympatycznych. niewesoło topić się w niezobowiązujących sekundach wiedząc, że mogłoby się je wykorzystać na ciepły uścisk


poobiedni spokój i zimne westchnienie poprzednich dni. ze swoimi błędami musimy się mierzyć osobiście; czasem to doprowadza do całkiem niezręcznych spotkań i chociaż wszyscy udają, że jest w porządku, gdzieś skrępowane czai się zażenowanie                            


wtorek, 18 października 2011

38.

 bardzo potrzebuję tych kilku ciepłych dni, żeby dojść do siebie rozumiesz napić się ciepłej herbaty nie zamykać wszystkiego w matematycznych ramach. od jakiegoś czasu życie zupełnie nie smakuje jak szarlotka posypana z wierzchu cukrem pudrem. nauczono nas robić dobrą minę do złej gry, ale tak naprawdę co innego pozostaje

prawdę mówiąc może tak jest lepiej, każdy potrzebuje jakiejś przestrzeni, chociażby, żeby pitu pitu, wiesz, zebrać myśli i porefleksjonizować się co nieco
czasem wolałabym być biedronką która egzystuje bez większej świadomości a potem spotyka mnie i...
nie przepadam za bierdonkami

czwartek, 29 września 2011

37.

od czasu do czasu przysiadłam i takie tam swoje pitu pitu rozumiesz wszystko było gładziutkie przemyślane były przecinki i były kropki było coś dzisiaj nie ma nic i zastanawiam się od czasu do czasu również zupełnie tak jak kiedyś przysiadałam czy powinnam pozostać obojętna czy mniej a może wcale i się owinąć cieplutką kołderką zmusić do słów do przyjemnego stukotu na nowo czy może się cieszyć że nikt nie musi egzystowac z moim stukotem tym moim pitu pitu a moze uciec gdzie rośnie pieprz

niedziela, 25 września 2011

36.

uosobienie mojego spokoju w seattle jest już osiemdziesiąt trzy procent przede mną
jakże bywa mi głupio z powodu chwiejnego kroku i myśli chwiejnych i chwiejnych wieczorów i poranków, chwiejnych nastrojów, chwiejnej mimiki twarzy i chwiejnych słów przekazywanych cudami techniki. dobrze, że od czasu do czasu człowiek ma okazję do pomedytowania w ciemności przeszytej czujnym okiem kamery.
topię się
bycie woskową świeczką nie może być niczym przyjemnym chcesz ofiarować ciepło i przy okazji wypalasz się na zupełnie innych płaszczyznach w końcu umierasz a ludzie zeskrobują twoje resztki ze świecznika i wyrzucają do kosza
właśnie leżę w śmietniku i chociaż na początku wydawało mi się, że to nic przyjemnego... w towarzystwie innych niepotrzebnych rzeczy czuję się całkiem nieźle. trwamy razem w stanie zupełnej obojętności i chyba nic już nas nie dotyka. mogłabym wysłać Ci pocztówkę, gdybyś jakiś czas temu nie przestał istnieć dla mnie
jesteśmy wszyscy strasznie nudni z tą swoją miłością i tragizmem

poniedziałek, 5 września 2011

35.

igranie z ogniem należy do zajęć ludzkich jednych z ulubionych
zakazane owoce smakują zawsze najlepiej
tak sobie układam w głowie myśli zlepek że warto byłoby dozwolone w zupełności wyposażyć w podwójne nie i ułatwić sobie życie

rozdwojenie jaźni mogłoby być rozwiązaniem. wiele rozwiązań zresztą mogłabym znaleźć w obecnej sytuacji, wiele wyjść wprost idealnych, ale jedynie na moment. kiedy już zadasz pytanie, czy warto, czy naprawdę warto poświęcić całą wieczność dla jednej, małej, rozkosznej chwili, odpowiedź nie przychodzi łatwo. odpowiedzi zazwyczaj nie należą do łatwych. podążając drogą dedukcji odpowiedzi się nie puszczają, ale jest w tym trochę bezsensu, bo znalazłabym wiele takich, które bez przeszkód możnaby nazwać prostytutkami, żeby nie powiedzieć dziwkami, żeby nie powiedzieć... nieważne. sprawy rozmaite zostawiam w swojej miodowej rzeczce, nieopodal domu na drzewie z cukierkami w gałęziach. dawno mnie nie było. może dalej mnie nie ma? chyba gdzieś się zgubiłam między kropkami i przecinkami, między teraz a wczoraj między tobą a tobą między krzesłem a podłogą i mam wrażenie, że już nie jest po staremu, chociaż zawsze wydawało mi się, że jestem w stanie temu zapobiec.

ułatwianie sobie życia wcale nie jest proste
ostatecznie pozostanę w punkcie wyjścia
i po raz kolejny powiem, że mi
c i e p l u t k o

cieplutko... cokolwiek miałoby to znaczyć

czwartek, 28 lipca 2011

34.

dobrze, dobrze. jakoś tak nie mam ochoty na szklane pudełka rozkoszy i jakoś tak nie widzi mi się za bardzo nicnierobienie prowokujące do rozdrabniania i tak rozdrobnionych już spraw; rozdrapywania ran i obsypywania ich solą od góry do dołu; patrzenia na cuda techniki, co gorsza milczące - przykre, zważywszy na gorliwe obietnice łamane kroczek po kroczku
(nie to, żeby było mi po ludzku przykro)

wypadałoby wyjść dotlenić się nakarmić żyjątko nieśmieszne że nie da się zapomnieć nawet gdyby się chciało

środa, 27 lipca 2011

33.

1. nie mam pojęcia, czy porządek w szafie równa się porządkowi w głowie, ale ktoś kiedyś powiedział, że tak. nie zależy mi na porządku w szafie. z drugiej strony jeśli porządek w szafie pomoże głowie, może warto byłoby o tym pomyśleć. tylko jak można myśleć, skoro ma się bałagan w głowie? posprzątać w szafie? nie posprzątać w szafie?
2. w przeciwieństwie do ciebie lubię się bawić. ty nie rozumiesz mnie, ja nie rozumiem ciebie. mnie nie ma, ciebie nie ma. piecze mnie ucho, ciebie też?
3. tak tak nie nie nie nie tak tak
4. pewne problemy związane ściśle z metafizyczną naturą człowieka objawiają się w postrzępionych myślach zupełnie nie do opanowania. fruwają sobie fru fru fru i machają skrzydełkami machu machu na ziemię spadają łzy kap kap jedna po drugiej kap kap kap kap kap kap kap powoli kap kap
5. niektórzy ludzie rzucają się z balkonu niektórych nic nie interesuje niektórzy mieli wspaniałe życie niektórzy niektórzy niektórzy niektórzy co za dziwne słowo

wtorek, 26 lipca 2011

32.

prawdopodobnie umieram składam się w sobie dostaje szału nie mam swojego miejsca to strasznie głupie uczucie gdy wszystko staje się obce.

chwilowo znajduję się w innym wymiarze. tym razem doskonale wiem ile to potrwa. a przynajmniej chcę wierzyc w to, że wiem. zawsze jest jakieś a lub ale. można powiedzieć, że litera a trzyma się mnie przez całe życie. nawet moje imię zaczyna się na a.

zabawne, że jeszcze niedawno sama chciałam się skazać na samotność. najwyraźniej zapomniałam, iż zdecydowanie nie należy do rzeczy najprostszych życie bez powietrza. samotność ma wiele wspólnego z powietrzem, a ściślej z jego brakiem.

ewoluuję albo może raczej reewoluuję do postaci protista lub czegoś równie nieskomplikowanego. wychodzą w tym momencie błogie drzemki przeprowadzane podczas lekcji biologii, bo trudno mi nawet stwierdzić w co byłoby najwygodniej reewoluować, chociaż znając moje szczęście gdyby było mi łatwo wszystko stałoby się zbyt podchwytliwe...

czy człowiek może sobie przehibernować jakiś czas? pozbawić się świadomości na tylko trochę więcej niż tydzień? po co kobiecie podzielna uwaga?

jest dwudziesta pięćdziesiąt osiem i jedyny pomysł jaki mam na siebie to wtulić się w łaskawe ramiona morfeusza; zapomnieć o rzeczach o których nie można zapomnieć popaść w niebyt i obudzić się ze świadomością, że to już tylko/aż dziewięć

zdecydowanie jestem dziś mniej i z każdą sekundą przepływającą przez moje morze środkowe jestem coraz mniej i przykro mi oznajmić, że tak zostanie mam nadzieję na jakiś czas
to hejka

poniedziałek, 11 lipca 2011

31.

więc słońce już nie świeci nigdy nie zaczynaj zdania od więc chyba że jesteś mną bycie mną może być męczące szczególnie kiedy brzuch zachęca do wyplucia z siebie wszystkich wnętrzności
zimno

30.

nie będziesz się chyba kłócić, że trzydzieści jest okrąglutkie było też wesołe w godzinach porannych, kiedy zaczynałam postukiwać, ale wieczór przyniósł ciemność i strach i  jeśli coś jest okrągłe czyli już w jakimś stopniu zwyczajnie grube nie może być wesołe, więc nie jest
znowu tu jest nie wiem czy to przykre nie wiem czy to można nazwać przykrością nie wiem nie wiem nie wiem nie wiem nie wiem
prawdopodobnie się zacięłam prawdopodobnie próbuję nie myśleć i w sumie biorąc pod uwagę że jestem zupełnie plastikowa być może uda mi się na chwilę wyłączyć swój mózg być może ktoś utonie wypluwam z siebie morze chociaż zarzekałam się - nigdy tego nie zrobię - jak widać w podtekście czaiło się prawdopodobnie które kocha mnie bez wielkiej wzajemności ale zdecydowanie bezwarunkowo i niestety nie akceptuje trójkątów z serii ja nie-prawdopodobnie
wiesz, czasem niewiele trzeba, by nagle wszystko przestało znaczyć nawet mniej niż cokolwiek a na twoje pytanie dlaczego odpowie ci głucha cisza bo nicość jest dziś wieczorem cenniejsza od słów
ciągle nie dowierzam
czy na pewno tu jestem
czy na pewno się doczekam
czasów kiedy proste dobranoc przyniesie sen
spokój kiedy

chciałabym chociaż spojrzeć w oczy w lustro
nie potrafię
widać tylko plastik

piątek, 8 lipca 2011

29.

znów patrzę znów chce mi się naprzyciskać posłuchać tego łubudu między słowami jeśli czasem mnie czytasz będziesz mieć duży problem to nawet nie szyfr nie potrzebujesz enigmy potrzebujesz być mną a to nieprawdopodobnie ciężkie zadanie zmieniać swoje położenie co nanosekundę być gdzieś indziej to naprawdę nieprawdopodobnie ciężkie zadanie skończyłam już z prawdopodobnie przestało mi pasować zbyt często powtarzane wprowadza zamęt bo są rzeczy które trzeba wiedzieć że są najprościej nie mogą być prawdopodobne chyba znalazłam swoje na pewno
(chociaż nie jestem pewna?)
lubicie powtarzać że nie można mieć pewności czy w zwiazku z tym jestem niemądra a może tylko troche nierozsądna bo lubię być gdzie jestem bo tu jest dobrze i cieplutko bo nie chce zmieniać niczego może tylko wyrzucić meble nie są do niczego potrzebne




wylewam się czy to znaczy że już źle ze mną czy nie widać jak się leję na podłogę możesz we mnie pływac jeśli tylko zechcesz wiem że nie chcesz nawet nie spojrzysz w tę stronę jeśli się nie zmaterializuję nie chce się materializować nie jestem materialną dziewczyną obecnie - leję się przybieram przyjemniastą konsystencję pewnie nigdy nie byłeś w stanie pojąć od jak dawna byłam zwykłą bryłą  przesuwaną z kąta w kąt nikt nie podejrzewał że pewnego dnia ot tak po prostu rozleję się i już nikt nigdy nie zobaczy bryły w kącie pokoju

28.

jest obślizgłe jak coś na kształt kosmity z usypiającego filmu (dosłownie i w przenośni) o pseudo pół nieżywych; na pewno nie przyjemne jak ogrzewanie zmrożonych rąk za pomocą kubka gorącej herbaty ani przyjemne jak strumień powietrza wpływający i wypływający z twoich ust w pobliżu młoteczków ślimaków i innych dziwactw przeze mnie posiadanych, o których mają pojęcie tylko wielcy ludzie nauki z mcdreamy`m na czele hej ho jak miło wrócić do seattle i choć na minut czterdzieści z sekundami poczuć się jak zawodowy zawodowiec - to bardzo miłe, kiedy się przeważnie nie robi na co dzień nic, co zwracałoby czyjąś uwagę, oczywiście nie tylko z powodu nieodpartej chęci skrytykowania twórczości ściśle związanej z pracami domowymi z serii zmyj naczynia

zapisanie na kartce papieru kilku niepoukładanych myśli może być zadaniem dość ciężkim, zwłaszcza, jeśli się to robi kradzionym ołówkiem. biorąc pod uwagę rozczochrane krwiożercze sufi-cośtam buszujące w fałdach pod głową i znane doskonale wszystkim podróżnikom przemierzającym ruiny starożytnego ilf-czegośtam - nieważne. istotne, że zaczyna się wreszcie wypluwać z siebie to, co do niczego nikomu potrzebne nie jest i powiedzmy szczerze nie było nigdy i to naprawdę strasznie głupie wypluwać z siebie obślizłe obrzydlistwa i na nowo na nie patrzeć kiedy powoli szukają nowego lokum myśląc sobie jednocześnie że mogłoby ich wcale nie być gdyby się wcześniej trochę pomyślało. wydaje się oczywiste ale oczywistość nie zawsze chce być oczywista. trzeba ją zrozumieć każdy czasem potrzebuje odmiany a moim zdaniem oczywistości szczególnie się odmiana należy bo kto tak naprawdę chciałby być oczywisty?

tymczasem usycham, gdy nie ma w pobliżu nikogo, na kim bym mogła oprzeć swoją ciężką głowę. to śmieszne. wyobraźcie sobie naprawdę ciężką, nadmuchaną, zniekształconą głowę. ludzie zwykli śmiać się z takich głów. gdyby nie pewne ramię, ze mnie też pewnie by się śmiali. szczęśliwie nie wszyscy zapomnieli. dobrze być niezapomnianym ale to nie wieczystan. korzystaj
jutro możesz być nikim

czwartek, 7 lipca 2011

27.

męczy mnie od pewnego czasu świadomość nieodwracalności. nauczyliśmy się popełniać przestępstwa, co nie chcą się za nic wymazać i można je kusić, wabić (nawet pierniczkami!!), błagać na kolanach, płakać, żeby wyszły ze środka, aż zdamy sobie sprawę z tego, że wszystkie zabiegi nie mają sensu, nawet tego najmniejszego, który ledwie co widać pod mikroskopem
(w tym momencie przypomina mi się głupawy żart miłości mojego życia, więc opatrzmy te smętne refleksje przyjemną odrobiną uśmiechu nie spowodowanego co prawda rozbawieniem, a uśmiechu pobłażliwego rzucanego w kierunku malca, który właśnie powiedział coś niekoniecznie mądrego, ale wygląda tak słodko, że pomimo tego wszyscy wciąż go uwielbiają, moje to kochane, taki jesteś maniuni)

coś tam nadal siedzi, czasami się chowa, ale w ostateczności zawsze wprost z ucha przeskoczy na ramię i skubane udziabie do krwi, a ja tylko zastanawiam się czy jeszcze w ogóle żyję. to przykre zdarza się niestety nic chyba nie poradzisz albo czeka cię kolejny zabieg zmuszający do szukania odpowiedzi/usprawiedliwienia które zagoiłoby rany zespoiło naderwane tkanki zupełnie jak brak klawisza między em a przeciwieństwem ptaszka od trójki w tym zdaniu zespaja ze sobą myśli nie do końca poukładane po co układać cokolwiek skoro znów wyskoczysz z ucha by nadgryźć ramię poszarpać skórę zmiażdzyć kość dostać się do serca i zniknąć bo pompa płonie i jest zbyt gorąca by można jej bylo dotknąć
(na szczęście)
od zawsze lubiło się znęcać

mimo wszystko jestem tu wróciłam do świata żywych chociaż nie lubię jego nieprzyjemnego odoru wszędobylskiego blichtru być może ciebie. pewnego dnia usłyszysz o mnie w radio lub przeczytasz w gazecie często się wspomina psychopatów, smutne że zapomniany został fakt, że nikt nie jest normalny, że nie wrzuca się do worka, że jak można robić porządek tam gdzie go być nie powinno. cóż, żywotność nigdy mi nie służyła; warzywna egzystencja sprzyja rozwojowi nieposłusznych partii wnętrzności głowy
dreszcze przechodzą przez moje podniebienie
czy to właśnie tak nazywali
szszszszszszszszszszszszszszszsz...

piątek, 1 lipca 2011

26.


czasami dwa słowa to za mało by opisać sznurek.


mój drogi,
tam gdzie teraz jestem wcale nie karmią mnie najlepiej. nie wiem, czy to źle, czy dobrze. tak naprawdę nie jestem pewna, czy w ogóle chce mi się jeść. niewielu rzeczy jestem pewna, oprócz tej, że trzymam w ręku pióro i piszę do ciebie list o niczym. mogłabym naskrobać przecież kilka mądrych słów, ale czy istnieje osoba, która zagwarantuje mi, że to coś zmieni? obawiam się, iż teraz już nikt niczego nie gwarantuje. cały świat opiera się na może, nie wiem, chyba, zobaczymy, raczej, około... czy to już jakaś ważna sprawa? nie. kolej rzeczy. świadomość samowypalania. nie ma w tym nic mądrego, wręcz przeciwnie, mój kochany.
myślę o tobie i te straszne stęsknione myśli wypalają po kolei wszystkie moje wnętrzności, bo chciałabym znów oparta na twoim ramieniu zasypiać posypana spokojem. rzeczą najmilszą byłoby usłyszeć twój głos z ust zawieszonych tuż obok ucha i rzeczą najmilszą zobaczyć twój uśmiech byłoby...
gdybyś istniał
mój kochany

środa, 29 czerwca 2011

25.

pućki pućki

trochę nieciepławo się zrobiło tu i tam tylko pompa grzeje i chwała jej za to. będzie dziś nieco bez sensu, bo każdy tak lubi od czasu do czasu sobie pozakręcać.
jestem tu i jakby mnie nie było. to śmieszne, bo nie sądziłam, że mogłabym kiedykolwiek powiedzieć tak o sobie samej. zazwyczaj opowiadało się o innych takie bajki oraz o tym, że mówią i słuchają i widzą nawet, chociaż to niedorzeczne, chociażby z tego powodu, że nie egzystują, no, przynajmniej nie w postaci zmaterializowanej. dzisiaj nie ma mnie i nie powiedziałabym, aby to było uczucie jedno z tych, no wiesz, nieprzyjemnych, które wędrują po ciele doprowadzając cię do agonii

lubię pić morską wodę szeroko się uśmiechając
chciałabym, żebyś mi
pozwolił
robić to
jak najczęściej

czwartek, 16 czerwca 2011

24.

jestem marionetką. już dawno zabroniono mi mieć swoje zdanie. stężenie procentowe samej w sobie policzyłabym ze strachem, ale nie policzę, bo brak mi sił na rozpamiętywanie.
krzyk i łzy są czasem jedynym sposobem na obronę, ale to przecież teatr, w którym każdy gra swoją rolę. moja rola, czy to ważne w jakim stopniu zgodna z rzeczywistością(?), nie gra roli. moja rola siedzi za kulisami i słucha szyderczych podszeptów króla. moja rola jest wasalem. moja rola nie gra roli.
lubię się topić. często się topię. szczerze mówiąc, ciągle tonę, ale przestało mi to przeszkadzać. powolne tracenie oddechu, by za chwilę na moment go odzyskać, stało się najulubieńszym sposobem na życie. nie powinno się o tym mówić
w sobie mam morze
a może nie mam, bo może to ogień, a może coś zupełnie innego co sprawia, że się rozpadam mówiąc po krótce; jakżeby inaczej można było nazwać rozpadanie. rozpadam się, bo nie potrafisz mi powiedzieć wprost, że nikt inny się nie liczy. rozpadam się, bo wciąż nie mogę poczuć, że się liczę. rozpadam się, bo nikt nie udowadnia już, że kocha, a że nienawidzi (owszem). w końcu rozpadam się dla samego rozpadania i chyba to lubię, a może to tylko kwestia przyzwyczajenia. morze jest szerokie i głębokie.
ktoś mnie kiedyś spytał, skoro nosisz w sobie morze i tak ci z tym ciężko, czemu go nie wyplujesz, to proste, odpowiedziałam, ktoś inny mógłby utonąć, czasami myślę o innych, bo gdyby tak nie było... myślę, więc jestem
chcesz czy nie chcesz, zostałeś przydzielony do swojej kasty. podobno kasty są tylko w indiach, ale to nieprawda. kasty są wszędzie. tu i za rogiem za drzwiami naprzeciwko i na złej ulicy, bo kiedy się nią przechadzasz ktoś kiwa palcem z dezaprobatą. gdzie jest moja... zresztą nieważne

morze mam w sobie
w morzu tonę
a może to ogień
a może coś innego
a może
a może
a może...

wtorek, 14 czerwca 2011

23.

każdy ma swoje paranoje.
poranne paranoje topię w kubku gorącej herbaty, przyjemnym stukocie klawiszy klawiatury i łagodnych dźwiękach kojących krzyk oplatający uszy, nie w tobie.
to wielka szkoda.
wciąż moim ulubionym słowem jest spokój. tymczasem trudno ustalić kolory. zielony, żółty, niebieski, czerwony. czy TO na pewno jest początek waszego koloru?


dużo mogłabym oddać
serce przekroić na pół

potrzebuję tylko trochę swojej wyimaginowanej przestrzeni, odrobiny ciszy i kogoś, kto zabierze moje

paranoje
i co teraz?
i co teraz?

poniedziałek, 13 czerwca 2011

22.

czy to zupełnie normalne, że są rzeczy, na które po prostu nie mogę patrzeć? rzeczy obok których nie mogę przejść obojętnie, żeby się nie zakrztusić, nie udusić, nie dostać palpitacji serca, chwilowego niedotlenienia mózgu; żeby tak, kiedy je widzę, przez moje splątane nieprzyjemnym uczuciem w brzuchu neurony nie przechodziły miliardy impulsów nerwowych przyprawiając mnie o dreszcze i to nie dreszcze, jedne z tych przyjemnych, tylko te, które motywują do działania zimny pot na skroniach i trzęsące się ręce.

głupota wprost przepada za mówieniem o sobie, że jest bogata i do czegokolwiek prowadzi
po raz kolejny zalewa mnie krew
czasem to przykre być kwiatem lotosu

piątek, 10 czerwca 2011

21.

lubię podróżować opuszkami palców po miękkiej skórze policzka
nie lubię gdy jest zbyt głośno i tego, że wcale nie czuję się pewnie ze sobą. ostatnio brakuje mi czegoś co ludzie zwykli nazywać poczuciem na literę, od której często zaczyna się rozwiązywać matematyczne przykłady, żeby nie było zbyt łatwo. podobnie z poczuciem - też nie jest łatwo, a jak się poczuje to może być albo łatwiej albo wręcz przeciwnie. zdania ostatnio nie mają sensu
lubię palcami przeczesywać
Twoje

włosy


jestem. nie ma mnie.
w nocy najbardziej boję się swoich myśli. bo czego można bać się bardziej? powoli wychodzi ze mnie zlepek kilku minionych dni. a jeśli znów czujesz nóż tuż przy swoim pępku - musisz wiedzieć, to nic przyjemnego. syndrom elukubracji
płonę
zostanie po mnie popiół
wiatr mnie

wmiecie


wcale nie jest łatwo, kiedy ktoś już pociągnie za nitkę. ciało masz lepkie i nie dasz rady rozplątać. uważaj, możesz zostać sam. na pewno nie chcesz zostać? zastanów się, czy byś nie wolał, zanim postanowisz pociągnąć za nitkę. zresztą - teraz i tak jest za późno na zastanawianie się. i za wcześnie na smutną prawdę

pomiędzy Twoje włosy
zniknę

wtorek, 31 maja 2011

20.

dźwięk
(...)Znów przyszedłeś? cóż, mogłabym ci to jakoś wreszcie wyperswadować. znam przecież słowa, naprawdę dużo słów. wypowiem je, a ty stąd wyjdziesz. czy wystarczy jednak znać kilka słów zapisanych w słowniku, abyś odszedł już na zawsze? jaką mam pewność, że gdy otworzę usta i poproszę odejdziesz? czy nie potrzeba czegoś więcej? czy nie powinieneś zobaczyć w moich oczach prawdy, która ci rozkaże, abyś odszedł? czasami myślę, że jestem dość silna. to chyba pomaga, bo wtedy nie ma cię przez jakiś czas. wtedy mogę przestać. dlaczego? och mój drogi, na to najprostsze w tym wypadku i zarazem najtrudniejsze pytanie chciałabym znać odpowiedź choćby i zaraz. ale czy ty sam nie powinieneś wiedzieć, skoro działasz tak na mnie? zdecydowanie powinieneś. przecież również bierzesz w tym udział, więc sam sobie odpowiedz. to egoizm, nie sądzisz? znać odpowiedź na pytanie i z czystego lenistwa zadawać je wciąż osobie, która nie ma pojęcia. tak, to ja jestem tą osobą. wciąż zbyt wielu rzeczy nie wiem, aby odpowiedzieć. nie, nie. nie tobie, samej sobie. muszę samej sobie odpowiedzieć, żeby być pewną. a wtedy wyjdziesz i nie wrócisz już. chciałabym, naprawdę mój drogi, chciałabym wiedzieć kiedy to będzie.


czasem mi sie śnisz, wiesz? no tak, skąd mógłbyś wiedzieć. lubię widzieć cię w snach, bo w nich tylko mówię do ciebie, a ty mnie słuchasz i rzeczywiście tam jesteś. bo tutaj cię nie ma. już ci tłumaczyłam. mówię do ciebie, wciąż do ciebie mówię, tak długo, aż się zmęczę tym mówieniem, a ty bezustannie słuchasz mnie, ale tobie jest prościej, bo ciebie tu nie ma. teraz mógłbyś się roześmiać, bo to przecież takie głupie. jak możesz być gdzieś, gdzie cię nie ma. przecież cię widzę. jeżeli się postaram mogę cię nawet dotknąć, poczuć twój zapach. a jednak nie ma cię tutaj. nie, nie będziesz się śmiał. nigdy nie widziałam jak się śmiejesz. tak prawdziwie. nigdy nie słyszałam śmiechu tak prawdziwego, który przeszywa cię na wskroś, a potem mnie, aż tak, że sama zaczynam się śmiać. a wtedy śmiejemy się razem i jesteśmy naprawdę szczęśliwi. czy kiedykolwiek byliśmy?


Pamiętasz ten dzień, kiedy utonąłeś? byłam przystanią, czułam się jak przystań. byłam latarnią, moje oczy były ogniem, który wskazywał ci drogę do przystani. a w przystani było dużo miejsca. i wielu robotników, którzy chceli zrobić dla ciebie wszystko. a może było odwrotnie? może to ja tonęłam? ale ty nie byłeś przystanią. byłeś wodą. byłeś neptunem, który nakazywał falom rosnąć, a potem zmniejszać się i znów rosnąć, aż do utraty wszystkich sił. aż do utraty samodzielności. aż do mojego końca na dnie morza. a może tonęliśmy oboje? może żadne z nas nie potrafiło ze swoich oczu zrobić latarni? może serca zbyt słabe były, by zastąpić przystań? nie patrz tak, mój drogi, bo ja naprawdę sama nie wiem. a chciałabym się dowiedzieć, żeby być pewną. a wtedy wyjdziesz i nie wrócisz już. chciałabym, naprawdę, mój drogi, chciałabym wiedzieć kiedy to będzie.


Pamiętasz jak to było, kiedy po raz pierwszy podałeś mi rękę? czy chciałeś mi wtedy pomóc, czy może sam się ratować? a może tak naprawdę ja ci ją podałam, żeby pomóc tobie, a może i samej sobie? pamiętasz to ciepło? przechodziło mnie na wskroś i wypełniało wszystkie narządy i myślałam, że jestem szczęśliwa. ale czy na szczęście nie składa się coś więcej niż ciepło, które czuję, gdy podajesz mi rękę? nie wiem, pewnie nigdy się już nie dowiem, bo nigdy nie podasz mi ręki, nawet gdybys chciał. nie mogę do tego dopuścić. właśnie teraz nie możesz tego zrobić, choć mogę sprawić, że będziesz chciał, bo robiłeś to niejednokrotnie. tutaj, mogę żądać od ciebie wystkiego, ale po co, skoro tak naprawdę cię tu nie ma, chociaż wciąż słuchasz? znów chcesz zapytać dlaczego? sama, mój dorgi, chciałabym wiedzieć. wtedy byłabym pewna i wyszedłbyś i nigdy już nie wrócił. chciałabym, naprawdę mój drogi, chciałabym wiedzieć kiedy to będzie.

Teraz tylko cię poproszę, żebyś zamknął drzwi, gdy będziesz wychodził,bo nie chce patrzeć jak znikasz w korytarzu. w korytarzu zniknąłby każdy, a ja chcę, żebyś stojąc tu i teraz znikał powoli w moich oczach. żebys się skurczył tak bardzo, że nie będę mogła cię dostrzec. tylko to jeszcze nie pora, nie czas na to, mój drogi. teraz po prostu zamknij drzwi, gdy będziesz wychodził, bo nie lubię patrzeć jak znikasz, a tak naprawdę wciąż jesteś, chociaż cię nie ma.

i wyszedł. zamknął drzwi, ale wiedziałam, że jeszcze wróci. musieliśmy sobie wiele rzeczy wyjaśnić, a tamtego dnia nie byłam jeszcze zby silna. (...)

niedziela, 29 maja 2011

19.

(...)Trudno jest się pożegnać, prawda? Ogólnie, mój drogi, z pożegnaniami sprawy niekoniecznie dobrze się mają. To zależy od osoby. Niektórzy żegnają się długo i siarczyście, inni krótko i ozięble, jeszcze inni wcale tego nie robią... Dlaczego tak patrzysz? Skądś to znasz? Ach tak, zapomniałam, że nie masz w zwyczaju rozmawiać o tego rodzaju głupotach.


Muzyka. Pamiętasz? Jak możesz pamiętać, mój drogi. To moje własne wspomnienie. Są dźwięki, które do końca życia będą brzmieć we mnie i w tobie oczywiście również, tylko, że nigdy się o tym nie dowiesz, ponieważ nie potrafisz mnie słuchać. Nie tutaj. Czasem przychodzisz razem z nimi i wtedy to wszystko co widzę staje się jeszcze bardziej realne. Czuję twój zapach, twój dotyk, twoje cierpienie i twoją radość, twój oddech tuż za moimi plecami, całą esencję moich uczuć, które żywiłam do ciebie jeszcze kiedy zwykłeś szeptać mi do ucha i całować moje mokre, zimne od śniegu powieki. Pamiętasz? No tak, jak mógłbyś pamiętać! Przecież to teraz zupełnie bez znaczenia. Bez znaczenia, jestem pewna, mój drogi, bo nawet tutaj widzę w twoich oczach wszystko to, czego nigdy nie chciałam zobaczyć. Więc zamknij je i zostań jeszcze na chwilę. Razem się pooszukujmy, a potem odejdziesz bez słowa i naturalnie wrócisz  jeszcze, bo dopiero teraz widzę jak długa droga przed nami jeszcze, mój kochany.(...)

środa, 25 maja 2011

18.

czasem chciałabym, żeby mi było wszystko jedno. z teoretycznego punktu widzenia wystarczyłoby od czasu do czasu zmienić miejsce, co by się za bardzo nie przywiązywać do ludzi i rzeczy, jednak praktycznie jawi mi się to jako proces z grubsza niewykonalny. sprzeczności. a może raczej zaszłości. zawsze wydawało mi się, że ciągłe powtarzanie tych samych błędów, jak mawiał jonatan chwyt z mojego ukochanego jubla stało się już niejako sposobem na życie, który opanowałam do perfekcji. tymczasem wygląda na to, że nie dostrzegłam jak w czasie rozciągniętym szeroko w latach, lęk przed nimi rozwijał się w każdej komórce mojego ciała i powoli wyniszczał we mnie wszystko to, w co zwykłam wierzyć.

(nie)problem. można przywyknąć. (nie)prawda. spróbuj od nowa nauczyć się czytać. od nowa spróbuj nauczyć się chodzić, mówić, na nowo oddychać. oddychać. wraca. powtarza się. koszmar. przypominam sobie. czuję pod opuszkami palców tę samą lepką, chropowatą powierzchnię. powierzchnię sprzed lat.

lęk lubi udawać, że jest pozorny. wmawiasz sobie. nic takiego, chcę grać w przedstawieniu i udaję, żeby zrobić lepsze wrażenie. aż nagle detal uświadamia ci jak bardzo się okłamujesz. nie grasz i zastanawiasz się czy z paranormalnymi objawami wynikającymi z prostej potrzeby poczucia świadomości pewnej wyjątkowości oraz bezpieczeństwa jesteś w stanie żyć i przede wszystkim dać żyć innym.
bum-bum-bum-bume-bume-bume-rang
słone usta słone powieki słone policzki


now your conscience is clear
i hear you talk girl
now your conscience is clear
look my eyes are just holograms
look your love has drawn red from my hands

sobota, 21 maja 2011

17.

z okazji moich jutrzejszych urodzin życzę sobie niczego, bo nic więcej nie mogę już dostać. pora na prezenty przyszła w tym roku dużo wcześniej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.

uwielbiam ciasto w mojej lodówce; chwilowo zakochana w szyi i nadgarstku, siedzę trochę otępiała i uśmiecham się do cudów techniki. prawdopodobnie moja dusza przechodzi niewiarygodną transformację. jest c i e p l u t k o. przyjemny spokój.
swoją drogą biorąc pod uwagę rozważania podstarzałej młodej kobiety w wigilię jej urodzin warto wspomnieć o tym, że na wszystko to, co jest najpiękniejsze zawsze trzeba czekać. rozplątać węzły czasu powoli, niczego nie przyspieszać. wszystko co dobre przychodzi, potem

niedziela, 15 maja 2011

16.

"(...)konstancja, zdaje się, robiła to wszystko specjalnie. najbardziej się jednak zdziwiłem, kiedy zobaczyłem na stole kartkę z napisem "a ten kto znajdzie mnie w sobie, odkryje największą tajemnicę swojego serca". niezwykła była kobieta, z tej konstancji. i powiem szczerze, że nie zastanawiałem się dokładnie nad tym, co było tam napisane. zostawiłem gdzie leżało, bo w gruncie rzeczy mieszkanie należało do niej i mogła mnie w każdej chwili stamtąd wyrzucić - chociażby właśnie za dotykanie się do nieswoich rzeczy bez wyraźnej potrzeby. dopiero teraz, z perspektywy czasu zastanawiam się, jak mogłem nie rozumieć sensu tych słów. jak mogłem nie dostrzec, że to właśnie do mnie są kierowane. doprawdy, czy ta dziewczyna chciała mnie zmienić? chciała mi udowodnić, że potrafię ją kochać, tak jak chłopak kocha dziewczynę i jak narzeczona narzeczonego, aż w końcu tak jak żona kocha męża? nie, zdecydowanie nie. jedynyna rzecz, jakiej mogłem być wtedy pewien to to, że ona wiedziała dobrze, że jej nie kocham. wiedziała, bardzo dobrze wiedziała, że interesuje mnie bardziej niż inne kobiety, ale jej nie kocham. tak samo jak i ja wiedziałem, że ona nie żywi do mnie głębszych uczuć. podobnie jak konstancja we mnie, tak i ja w niej wzbudzałem zainteresowanie większe niż w innych przypadkach kontaktów damsko-męskich, czy dla facetów mających zbyt wysokie mniemanie o sobie męsko-damskich.(...)
(...)pewnego dnia, pchnięty jakimś dziwnym impulsem wylazłem zupełnie bez żadnej potrzeby na dach różowej kamienicy konstancji. to była zima. ubrany w sam podkoszulek i dresowe spodnie czułem się jak psychopata obserwując panoramę miasta, podczas kiedy inni ludzie znajdujący się na dole trzęśli się z zimna owinięci we wszelkiego rodzaju szaliki i inne przybory mające na celu utrzymanie odpowiedniej temperatury ciała. i wtedy właśnie przypomniałem sobie kartkę leżącą na jej drewnianej komodzie. "a ten kto znajdzie mnie w sobie, odkryje największą tajemnicę swojego serca". i wtedy ją właśnie znalazłem. tak się właśnie zaczął, moi drodzy mój koniec. kochałem kobietę, która nie kochała mnie. kochałem kobietę, w której całkiem po prostu i zwyczajnie wzbudzałem większe zainteresowanie niż inni mężczyźni.(...) "

niedziela, 8 maja 2011

15.

chcę być bardziej. kiedyś to było proste. patrzyliśmy na dorosłych i naśladowaliśmy ich, udając, że rozumiemy. nie rozumieliśmy.

chciałabym zatrzymywać sekundy, żeby do każdej zapakować trochę więcej siebie i powiedzieć, możesz wziąć, weź mnie trochę, włóż do kieszeni, zabierz ze sobą. i jeszcze chciałabym zostać na swoim miejscu. jednocześnie. rozumiesz czasami masz jedno miejsce, swoje miejsce. niezwykłe, że jedno twoje miejsce nie musi być w jednym miejscu. przynajmniej moje miejsce nie jest tylko w jednym miejscu, chociaż jest jednym miejscem. po nitce do kłębka, pobaw się ze mną


środa, 4 maja 2011

14.

czas. niewątpliwie okrutny. kłębi się gdzieś w środku zaplątana plątanina zaplątań, które wiążą się bezpośrednio z metafizycznymi zaplątaniami zaplątanych plątań. nie widać początku i nie widać końca. trafiło się ślepej kurze ziarno. mogłabym być ślepa. martwi mnie, że powoli zaczynam dostrzegać sens (nie)dostrzegania. pewnego dnia obudzę się zlana potem i zadam sobie milion pytań po czym przystąpię do rytuału porannej drzemki lub zjem śniadanie zostawiając je daleko, oczywiście bez odpowiedzi, które tym razem są dobrze znane i przemykają pomiędzy neuronami by od czasu do czasu dać impuls nerwowy skłaniający do myślenia o rzeczach, o których nikt myśleć nie chce gdy nie musi. nie wiem czy muszę. nie myślę. wystarczy trzy razy pociągnąć swoje uszy, by wyłączyć mózg i chwilowo poddać się przyjemnemu nurtowi egzystencji protista

psychoranek
ektoplazma na skarpetkach

wtorek, 3 maja 2011

13.

w zasadzie nie wiem jak to się stało, że już po jakimś czasie w jej ociekającym wanilią domu czułem się jak u siebie. moze to dlatego, że nie mówiliśmy do siebie zbyt wiele, dokładnie tak jak chciałem? wolałem patrzeć na nią niż słuchać jej głosu. zresztą nie musiała nic mówić, wszystko potrafiłem wyczytać z jej oczu. mówiła do mnie nie otwierając ust. nie wiedziałem wcześniej, że tak można, a może wręcz przeciwnie, wiedziałem od dawna, tylko nijak nie potrafiłem tej wiedzy wykorzystać. dopiero przy niej uczyłem się języka ludzkiego ciała. to było coś więcej niż słowa. z jej włosów, oczu i bladych policzków płynęły całe strofy najwybitniejszej poezji. fascynowała mnie ta kobieta, jednak nie kochałem jej, przykuwała moją uwagę bardziej niż inne i tyle.

poniedziałek, 2 maja 2011

12.

nie pasuje. to ciągle brzmi w moich uszach, a wcale nie chciałam o tym pamiętać. struny głosowe musiały wtedy drżeć z większą częstotliwością niż zazwyczaj. nie chcę nie wierzyć, że był to zbieg okoliczności. przez ciszę przebija się znów słyszę.
uwielbiam szelest kartek, niezwykły zapach papieru wirujący w nozdrzach i fakt, że jestem gdzieś w innym wymiarze, o którym nikt chwilowo nie ma pojęcia oprócz mnie samej i kilku towarzyszy podróży. między wersy wpisuję swoją własną historię. historię, której nikt nigdy nie dotknie, nie będzie w stanie jej smakować. jej zapach nigdy nie wypełni niczyjej duszy. nikt nigdzie o niej nie przeczyta i nie powie, że lubi mnie czytać... nikt nigdy nie powie, że

czasami, kiedy chcę coś naprawić młotek i śrubokręt ubieram... w słowa. bywa, że jest im naprawdę do twarzy.

11.

nie byłam pewna czy wchodzić w ten układ. wszystko jednak mnie popychało do przodu i już nie panowałam nad swoimi słowami i czynami. nie myślałam wtedy co robię, cel uświęcał środki, a ja byłam pewna, że wszystko jest w porządku. poprawka - wmawiałam sobie, że jest w porządku. nie było. nie dość, że nie było w porządku, to nie było już odwrotu. nie było w tym również uczuć. nie było w tym nieśmiałości. nie było w tym mnie, ani jego też w tym nie było. w ogóle nie było wielu rzeczy, które powinny być. co najgorsze nie było też czasu, żeby o tym myśleć, więc nie myślałam. ani ja ani on. po prostu babraliśmy się oboje w tym błocie, bo tak było wygodniej i nie trzeba się było uciekać się do wyższych wartości. nie myślałam, że kocha mnie. po prostu bardziej niż inne kobiety przykuwałam jego uwagę.
prowadziliśmy długie słodko-kwaśnie rozmowy całkiem bez sensu i właściwie to o niczym ciekawym. najlepiej byłoby gdybym się w ogóle mogła nie odzywać do niego, ale w końcu mieszkaliśmy razem, więc z pewnego punktu widzenia było to konieczne. konieczne, niestey, nie znaczy łatwe. odkąd pamiętam lubiłam ciszę. bo kiedy się człowiek lepiej wsłucha w ciszę, odkryje, że ta cisza, całkiem niepozorna również ma wiele do powiedzenia, wystarczy tylko dobrze jej słuchać, ale taką umiejętność ktoś posiada, albo i nie. on chyba też ją posiadał, bo czasami, kiedy siedzieliśmy razem milcząc wyglądał tak, jakby też słyszał to wszystko co słyszę od dawna ja, a na co większość ludzi nie zwraca uwagi. doszłam więc do wniosku, że najwyraźniej oboje mamy ten sam problem - odzywamy się do siebie, bo wydaje się nam, że to jest konieczne. i chyba jest, skoro mieszkamy ze sobą, ale wolałabym, żeby nie było.
najgorzej zawsze czułam się, kiedy mężczyźni próbowali w jakiś żałosny sposób zwrócić moją uwagę, a ja nie potrafiłam, powiedzieć im najzwyczajniej w świecie, że wszystko co robią i mówią doprowadza mnie do skrajnego obrzydzenia. wszystkie zaczepki w stylu 'aniele, który wodzisz na pokuszenie zjedz ze mną dzisiaj romantyczną kolację w blasku księżyca' nudziły mnie niezmiernie, więc po kilku tygodniach znajomości rozpływałam się w powietrzu i zacierałam ślady. na póżno szukali mnie, a wiem, że robili to ze swoich żródeł, które wychodzą z podziemi w różnych częściach miasta. wszyscy myśleli, że zmieniam hotele, siedzę za granicą i po prostu, by podsycić ich apetyt bawię sie w tak zwanego kotka i myszkę. nic bardziej mylnego. po prostu zamykałam się w swoim mieszkaniu - jakoś żaden z nich nie wpadł na to, żeby tam zajrzeć. ale on był inny. razem ze mną słuchał ciszy. nie myślcie, że go kochałam - po prostu bardziej niż inni mężczyźni przykuwał moją uwagę.

muszę sobie udowodnić sens bezsensu.

sobota, 30 kwietnia 2011

9.

od jakiegoś czasu odnoszę wrażenie, że poradziłabym sobie doskonale bez detali, za którymi - jak mi się wydawało - tęskniłam. pozostaje zlikwidować zamieszanie lub trwać w chaosie po wszeczasy. ciekawe jak długo jeszcze będę miała ochotę pozostawać siostrą miłosierdzia. dobre uczynki stanowią równowartość satysfakcji, a w moim przypadku bezpiecznej przystani, do której mogę wrócić, kiedy po długiej i ciężkiej wyprawie przypominam zamrożone warzywo. to dość egoistyczne podejście do dobrych uczynków, co wyklucza w jakimś stopniu uduchowioną mnie w roli siostry miłosierdzia. ale tylko w jakimś stopniu.
wciąż lubię porównywać życie do gazety. zdecydowanie ułatwia to pojmowanie rzeczywistości w całkiem przyzwoitym wymiarze. i oczywiście jest dużo wygodniejsze i bardziej uporządkowane, niż porównywanie życia do mody na sukces, a z pewnością znajdą się tacy, którzy to właśnie robią

jest sobota. jest dziesiąta. świeci słońce. idealny czas, aby wspiąć się na drzewo i nie musieć nic. jestem historycznie upośledzona, matematycznie niedorozwinieta i absolutnie aniemiecka. i naprawdę bardzo bardzo lubię swoją jaskinię

środa, 27 kwietnia 2011

8.

całą noc czekałam, aż coś wyjdzie z telewizora... nie wyszło. teraz mamy dzień i już na pewno nie wyjdzie, bo takie atrakcje, proszę ja ciebie, to tylko w nocy. mimo wszystko, telewizor nadal wzbudza we mnie niepokój i od czasu do czasu spoglądam na niego podejrzliwie (a może raczej pieszczotliwobłagalnie, co bym nie musiała umierać za tydzień, bo może komuś byłoby przykro).

odbiegając od tematu telewizora, który towarzyszył mi przez pół nocy, co się wiąże bezpośrednio z moim wyrazem twarzy po kilku zaledwie przespanych godzinach, warto wspomnieć, że zawsze kiedy coś jest dobrze, ktoś musi to zepsuć prawdopodobnie zupełnie niechcący, ale bądź co bądź, zepsuć i doprowadzić mnie do stanu, który drzemał przez dłuższą chwilę i przechodziłam obok niego na palcach, co by go przypadkiem nie obudzić. oczywiście poszlo to wszystko na marne, bo wystarczyła jedna osoba, która z megafonem przedostała się do mojego wnętrza. pewnie nieważne. w końcu przywyknę

piątek, 22 kwietnia 2011

7.

planowałam coś długiego, ciepłego, przepełnionego magią minionych dni i innych magicznych, jak się okazuje, jedynie pozornych bzdur wnoszących do mojego życia coś więcej niż szelest uczuć bliżej niesamowicienieokreślonych. tak się jednak składa, że mam wielkanocne jajko na twarzy i za moment odbiorę telefon od mojego przenośnego uosobionego nieba, więc nie mam dla was moi kochani czasu w związku z czym przekazuje w wasze ręce zdjęcie polakierowanej muchy, która na wieki będzie zdobić moją podłogę i wygląda super!
pozdrawiam wjosennie

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

6.

czasami wystarczy się znaleźć we właściwym miejscu, aby odkryć, że to, co do tej pory robiliśmy, rzeczywiście ma jakiś sens. pozdrawiam wszystkie kamienie, które lubią od czasu do czasu położyć się na samym środku mojej drogi

oaza spokoju zaczyna się w punkcie dwudziestym drugim i kończy w szesnastym, a brak chronologicznej kolejności wcale nie oznacza wartości ujemnej, co chyba nie ma większego znaczenia zważywszy na to, iż z pewnością nikt nie zada sobie trudu, aby rozwiązać tę banalną zagadkę, która nota bene wcale nie jest zagadką, a wszystko co zostało tu napisane powoli zaczyna przybierać kształt wielkiej sprzeczności i jak zwykle mogę być dumna z siebie, ponieważ być może właśnie robię komuś wodę z mózgu. nie mam oczywiście na myśli nikogo konkretnego, komu chciałabym zrobić wodę z mózgu. najprawdopodobniej czaszka wypełniona wodą, bez, choćby najmniejszego mózgu w środeczku, jeszcze kiedyś oznaczałaby pewną śmierć, ale podejrzewam, iż dziś funkcjonowanie bez tego narządu wcale nie jest tak niepewne jak kilkanaście, kilkadziesiąt lat temu. w związku z tym, gdyby ktoś jednak chciał złożyć zażalenie, że nie radzi sobie z wodnymi tworami wewnątrz głowy, niechże szpachelką nałoży toneczkę podkładziku na policzeczki doda różyku, uskuteczni charakteryzację oczek w stylu słodziutkiego misiaczka pandy i z odpowiedniej pozycji, nie zapominając o uwydatnieniu dekoltu zrobi sobie samodzielnie zdjęcie. podejrzewam, że bez mózgu wychodzi to wszystko o wiele bardziej klawo (wspominałam już kiedyś, że darzę to słowo bezwarunkową miłością?)

z tego miejsca pragnę pozdrowić serdecznie mój pachnący sweter i włosy, które jeszcze niedawno również były pachnące ( paradoksalnie - dopóki ich nie umyłam)


sympatyczny pożegnalny akcent w postaci moich
fotograficznych wypocin, z których  nie jestem dumna.
mówiąc szczerze, na razie przypominam sobie,
jak to jest z aparatem w ręku


czwartek, 14 kwietnia 2011

5.

zastanawiam się jak określić mój obecny stan ducha. w pewnym sensie i biorąc oczywista pod uwagę towarzyszący słomiany zapał, trudno powiedzieć, czy za tydzień nadal będę o tym wszystkim, co się we mnie dzieje, pamiętać, czy nie. nie widzę tego bezpiecznie, ale jak wykazują zaistniałe okoliczności, bezpieczeństwo w dużych dawkach może stanowić zagrożenie dla mojego zdrowia/życia. czuję się tak, jakby ktoś mi rzucił wyzwanie. czy postanowię skorzystać z otwartych rąk?

pot na skroni, płytki oddech, garść niepewności i tysiące myśli w głowie, które nie pozwalają przestać się zastanawiać. kontrast zwyczjności otaczającego mnie świata oraz marzeń rodzących się powoli gdzieś w środku zapewne będzie niemałym problemem. ciągle musisz coś udowadniać. każdy dzień jest sposobem na udowodnienie innym, że potrafisz sobie poradzić, nieważne, lepiej czy gorzej. oczywiście korzystniej dla ciebie byłoby, gdybyś radził sobie lepiej, ale jeśli zasypiasz żywy i żywy również (może trochę w mniejszym stopniu) budzisz się z samego rana, to już duże osiągnięcie. my (wy) wszyscy tacy sami, zginiemy (zginiecie). potrzebuję odskoczni od rzeczywistości.
nie chcę by cokolwiek było tak samo

wtorek, 12 kwietnia 2011

4.

riczard wygrzewa się w słońcu. chciałabym być riczardem cokolwiek jeszcze innego robi oprócz wygrzewania się w słońcu. zresztą, gdybym już naprawdę została riczardem to mogłabym wpływać na wszystko co robi. idąc drogą dedukcji riczard nadal wygrzewałby się w słońcu, a jeśli robi jeszcze cokolwiek innego oprócz wygrzewania się w słońcu, to nie będzie już tego robić, a jedynym jego zajęciem pozostanie wygrzewanie się w słońcu.
wieczorami głupawo się uśmiecham. godziny poranne odznaczają się wysokimi dawkami nieokrzesanych uczuć (nie)zidentyfikowanych i/lub niedoświadczanych nigdy/od dawna. czy naprawdę trzeba mówić, że to klawo?

3.

przechodząc od razu do meritum sprawy, a warto pamiętać, że prawdopodobnie nie mam pojęcia co to znaczy, bo z reguły nie przywykłam do mówienia/myślenia (skreśl niepotrzebne) o rzeczach ważnych, gdyż interesują mnie jedynie detale nierzadko destrukcyjnie wpływające na samopoczucie oraz ogólną atmosferę panującą we wnętrznościach i za jakieś dziesięć minut dwadzieścia sześć i osiem setnych sekundy, kiedy przeczytam to wszystko znowu, zadam sobie pytanie po jaką cholerę wypociłam tą bezsensowną wstawkę, po której jako takiemu przyswojeniu nikt nie będzie pamiętać początku (koniec), pragnę wspomnieć o swojej ektoplazmatycznej konsystencji oraz o tym, że nijak nie działa na nią dzisiaj nawet skerdż. w pewnym sensie obawiam się nieco o skutki picia z butelek bezpieczeństwa oprawionego od dość długiego już czasu w ramki, które się uśmiecha drętwo... wisząc pod sufitem.
wszyscy czegoś szukają. ja też szukam. noszę w kieszonce mózgowej fałdeczki malutki fetyszyczek szukania odpowiedzi na pytania, które świat dawno przestawał zadawać lub też wydają mu się one zupełnie do niczego nieprzydatne. mnie od czasu do czasu nie pozwalają oddychać. najprawdopodobniej to nic takiego, każdy ma jakieś tam wady. ja od czasu do czasu tracę oddech. trudno mi powiedzieć, kiedy jest lepiej

nie boję się ochraniają mnie
trzy oddane karły
kochają mnie bo szyję im
szyję im małe kubraczki

niedziela, 10 kwietnia 2011

2.

lubię takie płodne dni, jak ten. słowa wypływają wtedy z mojej głowy, turlają się po tłuściutkich pagórkach brzucha, by w końcu opleść stopy i dać wreszcie upust temu, co zwykło się ukrywać w krętych zakamarkach mikroskopijnych komórek ciała.

składam się na milion pierwiastków dotychczas nieodkrytych, przestańże narzekać, że poznałeś dopiero pięć. obejmij czule swój najdroższy chemiczny podręcznik, nauka jest kluczem do potęgi, której tak bardzo pragniesz. pewnego dnia, na ostatniej stronie całej zalanej łzami przeczytasz, że tylko do ciebie należę.
zwykłam lnieć na wiosnę, zrzucam martwy naskórek, ale teraz wszystko jest inaczej, bo całkiem niespodziewanie... spadł śnieg.

1.

być może to dlatego, że w moim życiu dzieje się zbyt wiele bezsensów ważnych do tego stopnia, iż nie chciałabym z nich rezygnować. przynajmniej na razie. a może dlatego, że zadaję zbyt wiele pytań. podejrzewam, że może chodzić również o sto dwadzieścia sześć innych mniej lub więcej znaczących refleksji z poprzedniej epoki. może także nie chodzić o nic lub o chwilowe urojenie uprzywilejowane egzystancjonalnym zgrzytem psychicznym.

ludzie nie przywykli do błahostek, ja natomiast, żywię do nich uczucia ściśle nieokreślone, położone gdzieś między skrajnym uwielbieniem (nie będziesz miał bogów cudzych przede mną), a pogardą. wszystko to składa się w jedno, zasadnicze pytanie, na które chyba nie znaleziono dotychczas odpowiedzi,
jak to możliwe, że tych sto osiem słów zostało napisane, skoro trzęsą mi się ręce i kurczy się żołądek?