sobota, 30 kwietnia 2011

9.

od jakiegoś czasu odnoszę wrażenie, że poradziłabym sobie doskonale bez detali, za którymi - jak mi się wydawało - tęskniłam. pozostaje zlikwidować zamieszanie lub trwać w chaosie po wszeczasy. ciekawe jak długo jeszcze będę miała ochotę pozostawać siostrą miłosierdzia. dobre uczynki stanowią równowartość satysfakcji, a w moim przypadku bezpiecznej przystani, do której mogę wrócić, kiedy po długiej i ciężkiej wyprawie przypominam zamrożone warzywo. to dość egoistyczne podejście do dobrych uczynków, co wyklucza w jakimś stopniu uduchowioną mnie w roli siostry miłosierdzia. ale tylko w jakimś stopniu.
wciąż lubię porównywać życie do gazety. zdecydowanie ułatwia to pojmowanie rzeczywistości w całkiem przyzwoitym wymiarze. i oczywiście jest dużo wygodniejsze i bardziej uporządkowane, niż porównywanie życia do mody na sukces, a z pewnością znajdą się tacy, którzy to właśnie robią

jest sobota. jest dziesiąta. świeci słońce. idealny czas, aby wspiąć się na drzewo i nie musieć nic. jestem historycznie upośledzona, matematycznie niedorozwinieta i absolutnie aniemiecka. i naprawdę bardzo bardzo lubię swoją jaskinię

środa, 27 kwietnia 2011

8.

całą noc czekałam, aż coś wyjdzie z telewizora... nie wyszło. teraz mamy dzień i już na pewno nie wyjdzie, bo takie atrakcje, proszę ja ciebie, to tylko w nocy. mimo wszystko, telewizor nadal wzbudza we mnie niepokój i od czasu do czasu spoglądam na niego podejrzliwie (a może raczej pieszczotliwobłagalnie, co bym nie musiała umierać za tydzień, bo może komuś byłoby przykro).

odbiegając od tematu telewizora, który towarzyszył mi przez pół nocy, co się wiąże bezpośrednio z moim wyrazem twarzy po kilku zaledwie przespanych godzinach, warto wspomnieć, że zawsze kiedy coś jest dobrze, ktoś musi to zepsuć prawdopodobnie zupełnie niechcący, ale bądź co bądź, zepsuć i doprowadzić mnie do stanu, który drzemał przez dłuższą chwilę i przechodziłam obok niego na palcach, co by go przypadkiem nie obudzić. oczywiście poszlo to wszystko na marne, bo wystarczyła jedna osoba, która z megafonem przedostała się do mojego wnętrza. pewnie nieważne. w końcu przywyknę

piątek, 22 kwietnia 2011

7.

planowałam coś długiego, ciepłego, przepełnionego magią minionych dni i innych magicznych, jak się okazuje, jedynie pozornych bzdur wnoszących do mojego życia coś więcej niż szelest uczuć bliżej niesamowicienieokreślonych. tak się jednak składa, że mam wielkanocne jajko na twarzy i za moment odbiorę telefon od mojego przenośnego uosobionego nieba, więc nie mam dla was moi kochani czasu w związku z czym przekazuje w wasze ręce zdjęcie polakierowanej muchy, która na wieki będzie zdobić moją podłogę i wygląda super!
pozdrawiam wjosennie

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

6.

czasami wystarczy się znaleźć we właściwym miejscu, aby odkryć, że to, co do tej pory robiliśmy, rzeczywiście ma jakiś sens. pozdrawiam wszystkie kamienie, które lubią od czasu do czasu położyć się na samym środku mojej drogi

oaza spokoju zaczyna się w punkcie dwudziestym drugim i kończy w szesnastym, a brak chronologicznej kolejności wcale nie oznacza wartości ujemnej, co chyba nie ma większego znaczenia zważywszy na to, iż z pewnością nikt nie zada sobie trudu, aby rozwiązać tę banalną zagadkę, która nota bene wcale nie jest zagadką, a wszystko co zostało tu napisane powoli zaczyna przybierać kształt wielkiej sprzeczności i jak zwykle mogę być dumna z siebie, ponieważ być może właśnie robię komuś wodę z mózgu. nie mam oczywiście na myśli nikogo konkretnego, komu chciałabym zrobić wodę z mózgu. najprawdopodobniej czaszka wypełniona wodą, bez, choćby najmniejszego mózgu w środeczku, jeszcze kiedyś oznaczałaby pewną śmierć, ale podejrzewam, iż dziś funkcjonowanie bez tego narządu wcale nie jest tak niepewne jak kilkanaście, kilkadziesiąt lat temu. w związku z tym, gdyby ktoś jednak chciał złożyć zażalenie, że nie radzi sobie z wodnymi tworami wewnątrz głowy, niechże szpachelką nałoży toneczkę podkładziku na policzeczki doda różyku, uskuteczni charakteryzację oczek w stylu słodziutkiego misiaczka pandy i z odpowiedniej pozycji, nie zapominając o uwydatnieniu dekoltu zrobi sobie samodzielnie zdjęcie. podejrzewam, że bez mózgu wychodzi to wszystko o wiele bardziej klawo (wspominałam już kiedyś, że darzę to słowo bezwarunkową miłością?)

z tego miejsca pragnę pozdrowić serdecznie mój pachnący sweter i włosy, które jeszcze niedawno również były pachnące ( paradoksalnie - dopóki ich nie umyłam)


sympatyczny pożegnalny akcent w postaci moich
fotograficznych wypocin, z których  nie jestem dumna.
mówiąc szczerze, na razie przypominam sobie,
jak to jest z aparatem w ręku


czwartek, 14 kwietnia 2011

5.

zastanawiam się jak określić mój obecny stan ducha. w pewnym sensie i biorąc oczywista pod uwagę towarzyszący słomiany zapał, trudno powiedzieć, czy za tydzień nadal będę o tym wszystkim, co się we mnie dzieje, pamiętać, czy nie. nie widzę tego bezpiecznie, ale jak wykazują zaistniałe okoliczności, bezpieczeństwo w dużych dawkach może stanowić zagrożenie dla mojego zdrowia/życia. czuję się tak, jakby ktoś mi rzucił wyzwanie. czy postanowię skorzystać z otwartych rąk?

pot na skroni, płytki oddech, garść niepewności i tysiące myśli w głowie, które nie pozwalają przestać się zastanawiać. kontrast zwyczjności otaczającego mnie świata oraz marzeń rodzących się powoli gdzieś w środku zapewne będzie niemałym problemem. ciągle musisz coś udowadniać. każdy dzień jest sposobem na udowodnienie innym, że potrafisz sobie poradzić, nieważne, lepiej czy gorzej. oczywiście korzystniej dla ciebie byłoby, gdybyś radził sobie lepiej, ale jeśli zasypiasz żywy i żywy również (może trochę w mniejszym stopniu) budzisz się z samego rana, to już duże osiągnięcie. my (wy) wszyscy tacy sami, zginiemy (zginiecie). potrzebuję odskoczni od rzeczywistości.
nie chcę by cokolwiek było tak samo

wtorek, 12 kwietnia 2011

4.

riczard wygrzewa się w słońcu. chciałabym być riczardem cokolwiek jeszcze innego robi oprócz wygrzewania się w słońcu. zresztą, gdybym już naprawdę została riczardem to mogłabym wpływać na wszystko co robi. idąc drogą dedukcji riczard nadal wygrzewałby się w słońcu, a jeśli robi jeszcze cokolwiek innego oprócz wygrzewania się w słońcu, to nie będzie już tego robić, a jedynym jego zajęciem pozostanie wygrzewanie się w słońcu.
wieczorami głupawo się uśmiecham. godziny poranne odznaczają się wysokimi dawkami nieokrzesanych uczuć (nie)zidentyfikowanych i/lub niedoświadczanych nigdy/od dawna. czy naprawdę trzeba mówić, że to klawo?

3.

przechodząc od razu do meritum sprawy, a warto pamiętać, że prawdopodobnie nie mam pojęcia co to znaczy, bo z reguły nie przywykłam do mówienia/myślenia (skreśl niepotrzebne) o rzeczach ważnych, gdyż interesują mnie jedynie detale nierzadko destrukcyjnie wpływające na samopoczucie oraz ogólną atmosferę panującą we wnętrznościach i za jakieś dziesięć minut dwadzieścia sześć i osiem setnych sekundy, kiedy przeczytam to wszystko znowu, zadam sobie pytanie po jaką cholerę wypociłam tą bezsensowną wstawkę, po której jako takiemu przyswojeniu nikt nie będzie pamiętać początku (koniec), pragnę wspomnieć o swojej ektoplazmatycznej konsystencji oraz o tym, że nijak nie działa na nią dzisiaj nawet skerdż. w pewnym sensie obawiam się nieco o skutki picia z butelek bezpieczeństwa oprawionego od dość długiego już czasu w ramki, które się uśmiecha drętwo... wisząc pod sufitem.
wszyscy czegoś szukają. ja też szukam. noszę w kieszonce mózgowej fałdeczki malutki fetyszyczek szukania odpowiedzi na pytania, które świat dawno przestawał zadawać lub też wydają mu się one zupełnie do niczego nieprzydatne. mnie od czasu do czasu nie pozwalają oddychać. najprawdopodobniej to nic takiego, każdy ma jakieś tam wady. ja od czasu do czasu tracę oddech. trudno mi powiedzieć, kiedy jest lepiej

nie boję się ochraniają mnie
trzy oddane karły
kochają mnie bo szyję im
szyję im małe kubraczki

niedziela, 10 kwietnia 2011

2.

lubię takie płodne dni, jak ten. słowa wypływają wtedy z mojej głowy, turlają się po tłuściutkich pagórkach brzucha, by w końcu opleść stopy i dać wreszcie upust temu, co zwykło się ukrywać w krętych zakamarkach mikroskopijnych komórek ciała.

składam się na milion pierwiastków dotychczas nieodkrytych, przestańże narzekać, że poznałeś dopiero pięć. obejmij czule swój najdroższy chemiczny podręcznik, nauka jest kluczem do potęgi, której tak bardzo pragniesz. pewnego dnia, na ostatniej stronie całej zalanej łzami przeczytasz, że tylko do ciebie należę.
zwykłam lnieć na wiosnę, zrzucam martwy naskórek, ale teraz wszystko jest inaczej, bo całkiem niespodziewanie... spadł śnieg.

1.

być może to dlatego, że w moim życiu dzieje się zbyt wiele bezsensów ważnych do tego stopnia, iż nie chciałabym z nich rezygnować. przynajmniej na razie. a może dlatego, że zadaję zbyt wiele pytań. podejrzewam, że może chodzić również o sto dwadzieścia sześć innych mniej lub więcej znaczących refleksji z poprzedniej epoki. może także nie chodzić o nic lub o chwilowe urojenie uprzywilejowane egzystancjonalnym zgrzytem psychicznym.

ludzie nie przywykli do błahostek, ja natomiast, żywię do nich uczucia ściśle nieokreślone, położone gdzieś między skrajnym uwielbieniem (nie będziesz miał bogów cudzych przede mną), a pogardą. wszystko to składa się w jedno, zasadnicze pytanie, na które chyba nie znaleziono dotychczas odpowiedzi,
jak to możliwe, że tych sto osiem słów zostało napisane, skoro trzęsą mi się ręce i kurczy się żołądek?