to się zazwyczaj dzieje w chwili, kiedy ci się wydaje, że twoje oczy nie mogą być już szerzej otwarte, a wszystko co istnieje składa się tylko z bieli i czerni. twój świat to zlepek kilku nieznośnych przyzwyczajeń, którym przypisujesz uczucia i sam już nie wiesz dlaczego. może dlatego, że nikt nie chce być samotną wyspą? a może dlatego, że chociaż wydaje ci się, że patrzysz, tak naprawdę niczego nie widzisz?
potem coś się dzieje, zazwyczaj zupełnie przypadkiem, i nagle zdajesz sobie sprawę, że wszystko na czym do tej pory budowałeś swoje życie, jest złudzeniem.
Ciepło powoli docierało do moich kończyn. Wychodziło z brzucha i rozlewało się w okolicach piersi. Następnie powoli przepływało do ramion, ud i pośladków, by w końcu ogrzać łydki. Najdłużej czekałam na nos i stopy. Podciągałam do góry warstwę prowizorycznych okryć i trwałam. Jak to w kobiecej głowie, tysiące myśli przebiegało pomiędzy fałdami mojego mózgu. Trudno było stwierdzić, czego tak naprawdę dotyczyły. Nie wiedziałam wtedy, czy przeszłość można jakoś połączyć z teraźniejszością. Wiedziałam jedynie, że nie zależy mi wcale na tym, aby przeżyć. Kiedy ciepło docierało do stóp, leżałam jeszcze chwilę, po czym zapadałam w sen.
zaczynasz więc zadawać pytania. odpowiedzi zazwyczaj jest mnóstwo i choć wiele z nich odrzucasz zanim jeszcze zdążą się wyklarować w twojej głowie, trudno powiedzieć, czy właśnie w tych chwilach nie rezygnujesz ze swoich marzeń. potem tłumaczysz sobie, że ciężko jest wierzyć w rzeczy, które wydają się niemożliwe, nie patrząc wcale na to, ile już tych, które na pozór takimi były, stało się z przyczyn niewyjaśnionych w najbardziej skomplikowanych rachunkach prawdopodobieństwa rzeczywistością.
Budziłam się o czwartej. Nie znałam oczywiście dokładnej godziny, ale zaczynało świtać. Prawdopodobnie było więc około czwartej. Odgłosy silników milkły, wymykałam się z budynku, który niegdyś nazywałam swoim domem. Przebiegałam przez dobrze znane mi ulice, krew pulsowała w skroniach. Ktoś mógł mnie przecież zobaczyć, a wtedy – prawdopodobnie mogłabym się pożegnać ze swoim życiem, które, nota bene, skończyło się już jakiś czas temu. Docierałam do parku. Wszędzie było pusto, ale nawet najmniejszy szmer pobudzał wszystkie moje zmysły i upadałam na ziemię, chowając twarz w wilgotnych liściach, które powoli zaczęły opuszczać swoje matki – drzewa. Potem jak gdyby nigdy nic podnosiłam się i przemierzałam alejki, które nie kojarzyły mi się z niczym. Odkąd odkryliśmy wolność, chadzaliśmy w zupełnie inne miejsca. Aktualnie nie próbowałam nawet zapuszczać się tak daleko, ponieważ mogłabym z takiej wyprawy nie powrócić, a chociaż nie zależało mi zbytnio na niczym, coś powstrzymywało mnie od zupełnie dobrowolnego rzucenia się w ramiona śmierci.
okazuje się, że wszystkim nam brakuje odwagi.
twój ruch.
