poniedziałek, 2 maja 2011

11.

nie byłam pewna czy wchodzić w ten układ. wszystko jednak mnie popychało do przodu i już nie panowałam nad swoimi słowami i czynami. nie myślałam wtedy co robię, cel uświęcał środki, a ja byłam pewna, że wszystko jest w porządku. poprawka - wmawiałam sobie, że jest w porządku. nie było. nie dość, że nie było w porządku, to nie było już odwrotu. nie było w tym również uczuć. nie było w tym nieśmiałości. nie było w tym mnie, ani jego też w tym nie było. w ogóle nie było wielu rzeczy, które powinny być. co najgorsze nie było też czasu, żeby o tym myśleć, więc nie myślałam. ani ja ani on. po prostu babraliśmy się oboje w tym błocie, bo tak było wygodniej i nie trzeba się było uciekać się do wyższych wartości. nie myślałam, że kocha mnie. po prostu bardziej niż inne kobiety przykuwałam jego uwagę.
prowadziliśmy długie słodko-kwaśnie rozmowy całkiem bez sensu i właściwie to o niczym ciekawym. najlepiej byłoby gdybym się w ogóle mogła nie odzywać do niego, ale w końcu mieszkaliśmy razem, więc z pewnego punktu widzenia było to konieczne. konieczne, niestey, nie znaczy łatwe. odkąd pamiętam lubiłam ciszę. bo kiedy się człowiek lepiej wsłucha w ciszę, odkryje, że ta cisza, całkiem niepozorna również ma wiele do powiedzenia, wystarczy tylko dobrze jej słuchać, ale taką umiejętność ktoś posiada, albo i nie. on chyba też ją posiadał, bo czasami, kiedy siedzieliśmy razem milcząc wyglądał tak, jakby też słyszał to wszystko co słyszę od dawna ja, a na co większość ludzi nie zwraca uwagi. doszłam więc do wniosku, że najwyraźniej oboje mamy ten sam problem - odzywamy się do siebie, bo wydaje się nam, że to jest konieczne. i chyba jest, skoro mieszkamy ze sobą, ale wolałabym, żeby nie było.
najgorzej zawsze czułam się, kiedy mężczyźni próbowali w jakiś żałosny sposób zwrócić moją uwagę, a ja nie potrafiłam, powiedzieć im najzwyczajniej w świecie, że wszystko co robią i mówią doprowadza mnie do skrajnego obrzydzenia. wszystkie zaczepki w stylu 'aniele, który wodzisz na pokuszenie zjedz ze mną dzisiaj romantyczną kolację w blasku księżyca' nudziły mnie niezmiernie, więc po kilku tygodniach znajomości rozpływałam się w powietrzu i zacierałam ślady. na póżno szukali mnie, a wiem, że robili to ze swoich żródeł, które wychodzą z podziemi w różnych częściach miasta. wszyscy myśleli, że zmieniam hotele, siedzę za granicą i po prostu, by podsycić ich apetyt bawię sie w tak zwanego kotka i myszkę. nic bardziej mylnego. po prostu zamykałam się w swoim mieszkaniu - jakoś żaden z nich nie wpadł na to, żeby tam zajrzeć. ale on był inny. razem ze mną słuchał ciszy. nie myślcie, że go kochałam - po prostu bardziej niż inni mężczyźni przykuwał moją uwagę.

muszę sobie udowodnić sens bezsensu.

2 komentarze:

  1. Anonimowy02 maja, 2011

    jestem zakochana w tym co piszesz i jeśli kiedyś wydasz książkę, chce ją przeczytać!

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy02 maja, 2011

    jestem pod wrażeniem, ogroooomnym.

    OdpowiedzUsuń